post

Zagubieni w starożytnym mieście.

dzień 18, czwartek
Ponte Messa, 16 lipca 2015

Jeszcze w Wiedniu zaplanowaliśmy na przejazd z Rimini do Rzymu trzy dni, z czego trzeci odcinek miał być krótki bo znad jeziora Lago di Bracciano. Ale patrząc na mapę już wiemy, że nie ma szans, żeby dziś się tam dostać. Trzeba będzie rozłożyć ten odcinek na dwa może nawet trzy dni. Ruszamy z samego rana, lecz słońce już nas przypieka. Na początek dnia czeka nas mozolna wspinaczka na przełęcz. Paweł od razu staje się nerwowy, że mamy tak wolne tempo i przez to nie przejedziemy dziś za dużo jak tak dalej pójdzie.

DSC_0458

Codziennie rano smarujemy się kremem z filtrem 50

20150716_104722

Pomału pod górę.

DSC_0465

Dolina rzeki Marecchia

Podjazd jest ciężki, ale przynajmniej trasa widokowo nas rozpieszcza. Każdy chwilowy odpoczynek wykorzystuję by popstrykać sobie parę zdjęć. Już nie robimy sobie herbaty w termos. Jest za gorąco by ją pić. Natomiast sam termos znalazł zastosowanie do przewożenia zimnej wody. Ta w bidonach bardzo szybko się nagrzewa, więc znajdujemy ochłodzenie w wodzie z termosu.

20150716_102622

Skaczące jelenie. Przez kilometr czy za kilometr ?

DSC_0470

Jak na patelni

20150716_091948

Na chwilkę zawitaliśmy do Toskanii.

Prosciutto crudo

Po serii wyczerpujących, serpentynowych podjazdów i przejeździe przez tunel, w końcu możemy odpocząć w barze w Svolta del Podere. Podają tu najlepsze panini z prosciutto crudo jakie w życiu jadłam. Nieważne, że jadłam je tylko raz w życiu! Dwie przeogromne pajdy świeżego, chrupiącego chleba z wysuszoną na słońcu, słoną szynką. Niebo w gębie, zwłaszcza po dwóch godzinach ciągłej wspinaczki. Taka przyjemność kosztuje na łebka całe 2 euro.

DSC_0475

Pyszne panini.

Prosciutto czyli po prostu szynka, chociaż w Polsce spotkałam się z nawet określeniem szynka prosciutto, więc to trochę jakbyśmy mówili szynka szynka. Gdy pracowałam jeszcze w takiej a’la włoskiej knajpie, kolega kelner z obrzydzeniem mówił, że prosciutto śmierdzi jak siki kota. Cóż może i miał trochę racji. Troszkę śmierdząca, gumowata, ale to przecież szynka z Włoch. Towar ekskluzywny. Dziś mogłam się przekonać, że to co sprzedają w Polsce, nijak się ma do tych prawdziwych włoskich szynek. W tym barze różnego rodzaju szynki leżały w przeszklonych ladach, jak w sklepie mięsnym. Gdy zamówiliśmy sobie kanapki, kawałki szynki były krojone na miejscu, na naszych oczach. Wybraliśmy sobie prosciutto crudo, czyli surowa szynkę suszoną na słońcu. Najbardziej znaną, którą zapewne kojarzycie to Prosciutto di Parma, czyli szynka parmeńska wytwarzana jedynie w regionie Parmy. Jest to wielki kawał mięcha wieprzowego wysuszonego na słońcu. Natomiast w sklepach i na pizzy możemy jeszcze znaleźć prosciutto cotto, czyli szynkę gotowaną.  Ta gotowana szynka stanowiła nasz codzienny dodatek do kanapek na drugie śniadanie. Bardzo fajnie w swoim filmie W. Cejrowski zauważył że im dalej na południe Europy tym więcej suszonego mięsa bo więcej słońca i ciepła, a im dalej na północ, tym więcej wędzonego bo jak się przez pół roku pali w kominie, to można by jakoś ten dym wykorzystać. Ludzie dostosowują się do warunków klimatycznych i dzięki temu mamy takie regionalne specjały, której najlepiej smakują właśnie w miejscu gdzie się je wytwarza.

DSC_0477

Możemy zacząć zjazd!

Zdobyliśmy ją! Najwyższą przełęcz naszego wyjazdu. Passo di Viamagio, 983 metry nad poziomem morza. Wspinaliśmy się tu od wczoraj, a sam podjazd liczy sobie około 60 kilometrów. Może nie jest za stromy ale zmęczyć się można. Dumni i zadowoleni z siebie, ruszamy w dół na zasłużony odpoczynek i drugi najpiękniejszy zjazd naszej podróży. Prawie 20 kilometrów  serpentyn do samego miasta Sansepolcro. Na dodatek po drodze, zatyka nam dech w piersiach, gdy wyłania się piękny widok na sztuczne jezioro Lago di Montedoglio powstałe na rzece Tyber. Nie sposób się tam nie zatrzymać na sesję zdjęciową. Z naprzeciwka podjeżdża też młody Hiszpan, który w podróży jest już trzeci rok i opowiada jak sobie kilka dni temu zniszczył nogi na podjazdach.

DSC_0484

Krótka rozmowa i dalej w drogę

DSC_0517

Lago di Montedoglio

DSC_0519_stitch

Widok idealny

DSC_0509_stitch

Zjazd do Sansepolcro

DSC_0545

DSC_0563

Znów wbijamy się rowerami do centrum handlowego. Klimatyzacja daje chwile wytchnienia. Natomiast wizyta w łazience jest dla mnie jak wycieczka edukacyjna. W łazience jest kran, ale nie ma kurków do wody, więc jak głupia rozglądam się dookoła po ścianach szukając jakiegoś przycisku. Znajduję w końcu na podłodze. Pedały. Czerwony i niebieski. Bardzo to sprytne i higieniczne.

DSC_0576_stitch

Dolina Tybru

DSC_0583_stitch

Sansepolcro

Dolina rzeki Trevere czyli Tybru, dokładnie tego samego który przepływa przez Rzym, daje nam możliwość nadrobienia kilometrów, by polepszyć dzisiejsze statystyki. Mkniemy jak błyskawice, aż do starożytnego miasta na wzgórzu – Perugii. A jeszcze nie tak dawno narzekałam na ukraińskie miasteczka położone w dolinach, nie… już nie będę. Perugia to starożytne miasto które tak jak wiele miast we Włoszech, położone jest na szczycie góry. Niestety na mapie tego nie widać.

DSC_0571

W drodze

Zagubieni w starożytnym mieście

Wjechaliśmy na sam szczyt i do samego centrum miasta. Nastał wieczór, więc wypadało by poszukać jakiegoś miejsca na nocleg, co może być dość trudne, bo dookoła tylko ulice i kamienice, zero pustej przestrzeni. Po paru próbach, postanawiamy jednak opuścić to miasto i pokierować się jak najdalej w kierunku miejscowości Marsciano. Jednak nawigowanie się po stromych i krętych uliczkach przerasta nasze możliwości. Gdy próbujemy dopytać się o kierunek, miejscowy Włoch pyta się czy nie znamy francuskiego, co jeszcze bardziej zbija nas z tropu. W końcu przejeżdżamy przez tunel pod starym miastem i zjeżdżamy w dół, niestety nie z tej strony góry co potrzeba. Robi się już ciemno, a my dalej krążymy w kółko, z wielkim trudem orientując się gdzie jesteśmy i w którym kierunku powinniśmy jechać. W akcie desperacji pytamy o nocleg przy boiskach do piłki nożnej. Dziewczyna z chłopakiem, którzy siedzieli w tzw. kanciapie i ogarniali ten obiekt sportowy z początku nam odmówili, tłumacząc że nie są oni właścicielami i nie mogą zdecydować. Jednak nasze smutne miny i kolejne prośby o telefon do właściciela, który okazuje się szwagrem tej dziewczyny, skutkują tym że możemy się rozbić ale po skończonym meczu. Dajemy im zeskanować nasze dowody osobiste na prośbę szwagra, ale po krótkiej rozmowie, nabierają do nas zaufania na tyle, że dostajemy klucz do łazienek z prysznicami i jemy kolacje u nich w kanciapie. W sumie zrobił się z tego bardzo miły wieczór. Oglądamy włoski mecz, popijając piwo i na dziś to koniec zmartwień.

Allora

Wszechobecna  allora. W przewodniku jest napisane, że słowo allora oznacza „teraz, w tej chwili, wówczas, więc, a więc” oraz że jest to słowo klucz, przerywnik. Prawdziwy popis definicji z przewodnika dał nam jeden z Włochów grających w meczu, któremu mogliśmy się przyglądać. Nie był on tylko dobrym piłkarzem, ale również najgorszym dyskutantem, którego upierdliwość nie tylko dawała się we znaki sędziemu i przeciwnikom, ale również kolegom z jego własnej drużyny. Dla nas trochę jak w kabarecie, pomimo że zrozumieliśmy tylko co drugie słowo które powiedział, ale tylko dlatego że co drugim słowem było właśnie włoskie allora.

DSC_0587

Relaks

DSC_0584

Wieczorny mecz na przedmieściach Perugii.

Statystyki
Dystans: 128,23 km
Trasa: Ponte Messa, Sansepolcro, Umbertide, Perugia
Średnia prędkość: 14,29 km/h
Najwyższy punkt trasy: Passo di Viamaggio (1050 m), a według innych źródeł (983 m)

profil

30 km – Przełęcz, 120 km – Perugia

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *