post

Z wizytą w Wenecji.

dzień 15, poniedziałek
Wenecja, 13 lipca 2015 

Nie planowałam zwiedzać Wenecji. Myślałam, że takie wpadanie na krótką chwilę to strata cennego czasu by zwiedzać to słynne miasto tylko po łebkach. Ale cieszę się, że jednak Paweł mnie namówił na spędzenie poranka w Wenecji. Bo w przeciwnym razie kiedyś bym tu przyjechała na trochę dłużej niż te parę godzin i dopiero bym żałowała, że poświęciłam tyle czasu na to jakże piękne i męczące miasto.

Rowery zostały na campingu, a my do Wenecji dostaliśmy się autobusem. Żeby Wam nigdy nie przyszło do głowy wjeżdżanie do miasta na rowerze. Po pierwsze prowadzi tam tylko jedna ruchliwa droga, a po drugie samo poruszanie się po Wenecji z rowerem byłoby bardzo uciążliwe. Tłum ludzi i wąskie uliczki, zdecydowanie nie idą w parze z rowerem.

20150713_091256

Pisząc wąskie, miałam na myśli BARDZO WĄSKIE uliczki.

Nasze zwiedzanie ograniczamy głównie do spaceru po mieście. Zwłaszcza, że główne atrakcje są okupowane przez dzikie tłumy, a kolejki dłuższe niż nasz dzienny dystans. Także tym razem odpuszczamy sobie wejście do bazyliki św. Marka. W kolejce musielibyśmy stać cały dzień, mimo że przyjechaliśmy dość wcześnie. Genialne są natomiast wszystkie sklepiki z włoskimi produktami. Makarony, kawiarki, maski… czego tylko dusza zapragnie. Lodziarnie i kawiarnie na każdym kroku. Pizza, pasta, lasagne, rissotto. Myślę, że w końcu spróbujemy tej sławnej włoskiej pizzy. Ta wczorajsza na campingu się nie liczy, musi być taka z knajpy z prawdziwego zdarzenia.

20150713_104635

Bo ja kocham makaron!

Wenecja mimo swojego niezwykłego uroku dość szybko mnie męczy. Z jednej strony duża liczba turystów, z drugiej wszyscy Ci, którzy chcą na nich zarobić kasę. Ale najgorsi dla mnie są wszyscy Ci przebierańcy. Ja się ich po prostu boję. Jak ta babeczka w balowej sukni i masce. Gdy namawia Pawła, żeby zrobił sobie z nią zdjęcie, to ja trzymam się z daleka. Niestety Paweł w końcu daje się przekonać do wspólnej fotki. Tu następuje żądanie zapłaty. Money, mister! Jakie pieniądze? Za co? Nie było mowy o zapłacie! Money, money! It’s Italy! You must pay! W tym momencie robię się nerwowa, ale zapłacić nie mam zamiaru. Natomiast zdjęcie skasowałam. Cholerni przebierańcy. Nienawidzę ich. Jeszcze szkoda, że na szczudłach nie chodzą.

20150713_102737

Turystycznie w Wenecji.

Godzina 11:00 czas na kawę. Paweł zażyczył sobie cafe nad Canale Grande, także ruszamy spełnić jego zachciankę. Ilość knajp jest przeogromna, więc nie ma problemu ze znalezieniem wolnego stolika z widokiem na główny wenecki kanał. Jeszcze zawczasu pytamy kelnera czy można już dostać coś do jedzenia o tej porze. Nie ma problemu. W wielkich turystycznych miastach sjesta nie obowiązuje, co przyjmujemy z wielką ulgą. Rozsiadamy się, przychodzi kelner, na kwiaciastą ceratkę kładzie piękny obrus i jest gotowy do przyjęcia zamówienia.

Cafe, capuccino et pizza margeritta. – prosimy

Uno? Jedna pizza? Nie można tak. Każda osoba musi zamówić oddzielne danie! – odpowiada kelner

YYyyyy.. ale my nie jesteśmy na tyle głodni żeby jeść aż dwie pizze. To tylko kawy niech będą! 

Na to, kelner z nutką złości, sruuu zabrał nam ten piękny obrus i sobie poszedł. Wymieniamy z Pawłem to samo zdziwione spojrzenie, z pytaniem czy chociaż nam tą kawę przyniesie. Także widzicie nie zasłużyliśmy sobie nawet na piękny obrus. W przewodniku przeczytaliśmy że mieszkańcy Wenecji są najmniej przyjaźnie nastawieni do turystów ze wszystkich mieszkańców Włoch. Może ta akcja z obrusem była jednym z przykładów, niechęci wobec nas – turystów chcących zjeść TYLKO JEDNĄ pizzę. Pamiętajcie, nigdy nie zamawiajcie jednej pizzy na spółkę!

20150713_105739

Zadowoleni, bo jeszcze mamy obrus.

DSC_0392_stitch

Widok na sąsiednią wyspę.

Historia pewnego obrazka.

O naszym wyjeździe wiedziały nasze rodziny i grono bliskich znajomych, więc kiedy na święta Bożego Narodzenia dostałam puzzle z widokiem z Wenecji, bardzo pozytywnie to mnie nastroiło. Puzzle złożone zawisły u nas na ścianie w dużym pokoju i właściwie o nich zapomniałam aż do momentu kiedy już wróciliśmy z wyjazdu. Siedzieliśmy ze znajomymi, popijając wino i opowiadając im o naszych przygodach. Właśnie wtedy Stefan, nasz kolega zwrócił uwagę że na tych puzzlach jest Wenecja i może byliśmy dokładnie w tym miejscu. Ja nie zwróciłabym nigdy na to uwagi, ale wystarczyło mi jedno spojrzenie na tą żółtą charakterystyczną kamienicę. TAK. Byliśmy tam! Zupełnie przypadkiem i nieświadomie. Jeszcze do tego zrobiliśmy sobie dużo zdjęć w tym miejscu. Nasze puzzle już nie są takie anonimowe.

DSC_0403

To właśnie tu.

DSC_0425

Nareszcie upragniona pizza i spaghetti bolognese.

W końcu i tak musieliśmy się skusić na pizzę i pastę. Jemy i spadamy, bo drugą połowę dnia zamierzamy spędzić na rowerze.

Więcej o samej Wenecji będzie w oddzielnym wpisie Wenecja – moim okiem. Już niedługo!

Dolo, to małe miasteczko niedaleko Wenecji. Normalnie nie pozostało by w naszej pamięci na dłużej. Jednak tym razem było inaczej. Na drodze do miasta stała policja i kierowała ruch na objazd. Pomimo że nie wiedzieliśmy co się stało postanowiliśmy nie korzystać z objazdu bo to znacznie by wydłużyło nam drogę. Niedługo wszystko staje się jasne. To jakiś pogrom. Gradobicie w Villach to przy tym pryszcz. Drzewa powyrywane z korzeniami już widzieliśmy, ale wielkie domy zamienione w górę gruzu, robią przerażające wrażenie. Paweł kieruje pytający wzrok do pana z ekipy ogarniającej ten chaos. Ten natomiast tylko pokręcił palcem dookoła. Prosty gest. TRĄBA POWIETRZNA. Wystarczyło kilka minut żeby pozbawić ludzi samochodów, domów a nawet życia.

Tak to wyglądało w mediach: Trąba powietrzna  Tornado

Pod wieczór lądujemy w mieście Adria. To starożytne miasto założone przez Etrusków w VI wieku p.n.e. było kiedyś ważnym portem. Dziś leży aż 25 km od linii brzegowej. Dziś jeszcze nie będzie nam dane spacerowanie nad brzegiem Adriatyku. Może jutro. Po szybkich zakupach zaczynamy kombinować z noclegiem. Udaje się to prawie w takim samym stylu co w Osoppo. Tym razem ksiądz polecił nam podjechać do Centro Giovanile San Pietro. Oczywiście trasę tłumaczył nam po włosku więc nie za bardzo ogarnęliśmy co i jak, ale po kilku próbach i pytaniach do przechodniów udało się trafić na miejsce. Jest to coś  w stylu katolickiego ośrodka pomocy dla ubogiej młodzieży. Trochę jak akcje „Zima w mieście”. Wiadomo, że nie każdy może sobie pozwolić na wyjazdy wakacyjne, a tu księża organizują czas dla dzieciaków by spędzali wakacje aktywnie, a nie szwendając się po mieście i łobuzując.

Bo wy w Polsce pijecie herbatę!

Stoimy tak, przed boiskiem, trochę nie wiedząc co mamy począć ze sobą, aż nagle wjeżdża zgraja dzieciaków na rowerach. Jest ich chyba z 30 osób. Szefem jest tu Don Luca, młody ksiądz, który był z nimi na basenie. To właśnie z nim uzgadniamy że możemy zanocować w namiocie obok boiska i możemy skorzystać z pryszniców. Luca opowiada nam o tym miejscu i o tym co robi. Okazuje się, że był nawet w Polsce. Spędził dwa tygodnie w Garwolinie na jakiś spotkaniach dla księży. Popisał się nam znajomością kilku zwrotów po Polsku tj. Dzień Dobry, Dziękuje itp. I tak w trakcie tej miłej rozmowy, wyszła śmieszna sytuacja, bo jak zawsze zapytaliśmy się o wrzątek. Tym razem rozmawialiśmy po angielsku więc było o wiele łatwiej.

Czy możemy dostać trochę hot water? – pytamy się razem z Pawłem

Hot water? Ale po co wam ta gorąca woda?…. Pod prysznicem? Tam jest ciepła woda – zastanawia się głośno Don Luca po co przy tych upałach pytamy o wrzątek

Nie nie.. do picia. – odpowiadamy

AAA bo wy w Polsce pijecie herbatę! – teraz zrozumiał Don Luca

W tym momencie przypomniało mi się jak moja bratowa Martyna opowiadała o swoim pobycie w Hiszpanii na wymianie studenckiej. Za każdym razem gdy poprosiła o herbatę do picia, znajomi Hiszpanie pytali się czy boli ją brzuch. Nie mogli zrozumieć, że można pić coś innego niż kawę, od tak. Także teraz mieliśmy szczęście, że Don Luca spędził trochę czasu w Polsce.

Cicale i zanzare

W końcu też rozwiązała się zagadka dziwnego cykania, które dziś i wczoraj słyszeliśmy po drodze. Luca powiedział nam, że to Cicale, czyli nasze Cykady. Te małe stworzonka siedzą głównie na drzewach i im goręcej tym głośniej cykają. Natomiast drugie gorsze stworzenia, które nas zaczęły dziś atakować to Zanzare. Czyli odmiana komarów. Typowe dla terenów niziny padańskiej. Pełno tu terenów rolniczych przepasanych kanałami nawadniającymi, w których malutkie zanzare mogą się swobodnie wykluwać. Trochę mniejsze od naszych polskich odpowiedników, ale równie wściekłe i krwiożercze. Cała byłam w bąblach. Rozmawialibyśmy jeszcze długo, ale małe komary przegoniły nas do namiotu.

Statystyki
Dystans: 72,53 km
Trasa: Wenecja, Mestre, Dolo, Piove di Sacco, Cavarzere, Adria
Średnia prędkość: 18,10 km/h

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *