post

Włoska telenowela.

dzień 16, wtorek
Adria, 14 lipca 2015

Ruszamy z samego rana w drogę. Upał towarzyszy nam od pierwszych kilometrów. Właściwie to jest goręcej niż wcześniej jednak tym razem się z tego cieszę. Jedziemy w kierunku wybrzeża Adriatyku. Jeśli się uda, dziś po raz pierwszy będziemy się kąpać w morzu Śródziemnym! Już nie mogę się doczekać.

20150714_084750

Centro Giovaniele San Pietro

Jak ta nizina padańska śmierdzi. Obrzydliwie. Pamiętam jeszcze jak na lekcjach geografii uczyliśmy się, że są to głównie tereny rolnicze, ale nie pamiętam żeby była mowa o licznych kanałach nawadniających. W tych kanałach nagrzana od słońca woda, stojąca woda, śmierdząca woda. Idealny inkubator dla zanzare, które wczoraj wieczorem dały nam popalić. Małe, irytujące, ludożercze komary. Mnie lubiły o wiele bardziej niż Pawła, więc na całym ciele mam swędzące bąble.  Jednak wszędobylski smród sprawia, że szybko zapominam, że coś mnie swędzi. Jak wjeżdżamy na most nad kanałem Bianco, robi się taki zaduch i smród, że o mało nie zwracam śniadania. Oj byleby tylko dojechać już na to wybrzeże. Nad Adriatyk.

20150714_091226

Kilometrowy most nad rzeką Pad.

Jest jednak pozytywna rzecz w przejeździe niziną padańską.  Jest ona idealnie płaska, więc mkniemy przez nią jak błyskawice. Natomiast krajobraz jest niestety trochę monotonny, dookoła tylko pola kukurydzy, ciągnące się aż po horyzont. Także gapiąc się w Pawła tyłek, nawet się nie orientuje gdy docieramy do miasteczka Codigoro, gdzie zaplanowaliśmy sobie przystanek na kawę i drugie śniadanie. W centrum miasta udaje nam się znaleźć fajny bar, gdzie możemy usiąść na zewnątrz. To zawsze ułatwia sprawę, bo nie trzeba martwić się o rowery.

Włoska telenowela.

Z początku zapatrywaliśmy się niechętnie na stoliki stojące na słońcu, bo te w cieniu były zajęte przez grupę Włochów w średnim wieku. Ale oni widząc nasze zmęczone buzie, szybko zorientowali się, że chcielibyśmy skorzystać ze stolika w cieniu. Miłym gestem zapraszają nas do siebie i udostępniają dwa miejsca i stolik. Paweł rusza do środka po kawę, a ja zostaję zagadana przez jednego z panów, wyraźnie zaciekawionego naszymi osobami. Nawiązała się między nami bardzo sympatyczna rozmowa. Ja opowiadałam mu po angielsku o naszej podróży, o tym że jedziemy do Rzymu, na rowerach i że to nasza podróż poślubna. A ten miły Włoch tłumaczył pozostałym na włoski, ponieważ tylko on znał angielski. Z każdą nową informacją, klaskali i gratulowali nam świetnego pomysłu. Byli zachwyceni, że można w ten sposób spędzić luna di miele czyli miesiąc miodowy.

Jak Paweł wrócił z kawą, to mogliśmy rozkoszować się drugim śniadaniem , w tym niezwykłym towarzystwie. W pewnym momencie mówię do Pawła, zobacz! oni są jak z telenoweli. Siedzą sobie w środku dnia, popijając kawę w barze, czytając gazety i plotkując z przyjaciółmi. Nigdzie się nie śpieszą. A my jesteśmy dla nich chyba największą atrakcją tego tygodnia. Pan z wąsem nawet po odebraniu telefonu zaczął o nas opowiadać. Słuchaj, tu są Polacy, jadą w podróż poślubną do Rzymu. Na rowerach!

DSC_0433

Włoska telenowela.

DSC_0432

Najlepsze drugie śniadanie na całym wyjeździe.

Pan w różowej koszuli, który jako jedyny znał angielski, nagle gdzieś zniknął, więc panie próbują zagadywać do nas po włosku. Anni? Anni? I pokazują do nas na palcach. A, ile mamy lat? A potem , Bambini? I pokazują na matkę z dzieckiem, wychodzącą ze sklepu obok. Nie, jeszcze nie mamy dzieci. Jeszcze nie…  Proste pytania się skończyły, a widać że aż je ściska żeby o wszystko nas wypytać. Tylko ta bariera językowa tak bardzo przeszkadza. Jednak nie czekamy zbyt długo, kiedy to zjawia się z powrotem pan w różowym i mówi, że mają dla nas prezent!

Jak to? Dla nas?

Tak, od nas wszystkich, wskazując na całą paczkę znajomych. Mamy taki mały upominek.

Nawet pani za baru uśmiecha się i macha do nas przez szybę. Dostaliśmy od nich czekoladkę i magnes w kształcie serduszka, który po powrocie do domu trafi na naszą lodówkę i będzie nam przypominał o tej fantastycznej grupie ludzi. Przed odjazdem żegnaliśmy się z nimi jak ze starymi znajomymi, z każdym uścisk dłoni, a babeczki to mnie nawet wycałowały na do widzenia. Życzyli nam wszystkiego najlepszego, szczęśliwej podróży i kazali uważać na siebie.

L’amico di fatto è teco ad ogni patto, nel bene e nel male lo troverai leale.  Brunetto Latini. Taki cytat był schowany w czekoladce, którą dostaliśmy od naszych Włochów.

DSC_0434

Może rybkę znad morza?

Równie szybko jak do Codigoro, docieramy do Ravenny. Upał jest niemiłosierny, więc w pierwszym możliwym miejscu zatrzymujemy się na obiad. Bardzo miła knajpka i do tego otwarta w czasie sjesty, co przyjmujemy z wielką radością. Jest pizza i tortellini con ragu, a do picia zamawiamy coca-colę. A że było naprawdę gorąco wypijamy po 2 puszki, po czym orientujemy się że jedna puszka kosztuje 2,5 euro. Tym sposobem wydajemy ponad 40 zł na samą Colę. Aż tak jest upalnie!

Plan był taki żeby dojechać dziś w okolice Rimini. Jednak przejazd przez las za Ravenną tak nas męczy, że kusi nas pierwszy lepszy camping nad morzem. Cali spoceni i pokryci jakimś drobnym kurzem z lasu, marzymy tylko o prysznicu.

Wybrzeże Adriatyku

Plaża. Jaka plaża? Tutaj stojąc na plaży, ledwo widzisz piasek, wszytko tak jest zastawione. Leżaki, parasolki, place zabaw, ogrodzenia, bary, knajpki. Znaleźć miejsce na rozłożenie własnego ręcznika graniczy z cudem. Ale woda… ach woda jest jak zupa. Cieplutko i przyjemnie. Kąpiemy się i korzystamy z uroków morza, bo jutro znów trzeba ruszyć w góry. Przed nami Apeniny. Musimy się przez nie przebić i dotrzeć praktycznie na drugie wybrzeże.

DSC_0436

Nareszcie Adriatyk.

Camping Nuovo Internazionale, na którym nocujemy jest jak miasto w pigułce. Każda wolna przestrzeń zajęta jest przez przyczepy campingowe i namioty. Aż dziwne że znalazło się miejsce na nasz malutki namiocik. Na campingu jest sklep, restauracja a nawet basen. Ludzie tu nie chodzą, tylko podjeżdżają rowerem. Właściwie jak ktoś jest leniwy to może w ogóle nie ruszać się z tego miejsca. A w tych przyczepach mają wszystko, lodówki, telewizory, grilla i czego tylko dusza zapragnie. Nasz włoski sąsiad, który użycza nam swojego stolika i krzeseł, żebyśmy mogli zjeść jak ludzie, tłumaczy również, czemu niektóre namioty z przyczepami wyglądają jak nieużywane. Włosi wykupują miejsce na campingu na cały sezon i przyjeżdżają sobie w wolnym czasie, kiedy tylko chcą, np: tylko w weekendy. Zamiast działki, mają przyczepę na campingu, 500 metrów od Adriatyku. W sumie całkiem fajne rozwiązanie. Zwłaszcza, że na przyszły sezon można postawić przyczepę w zupełnie innym miejscu. No i tu sezon trwa o wiele dłużej niż u nas w Polsce. A woda w morzu jest o wiele cieplejsza.

Wieczorem idziemy w miasto i zażywamy trochę tego typowo nadmorskiego klimatu. Tłum ludzi, mnóstwo handlarzy jakimś badziewiem, czyli tak jak wszędzie ! Jeszcze tylko mała wizyta w sklepie. Kupujemy melona i tanie miejscowe wino, które z kranika nalewamy sobie do plastikowej butelki. Można nawet przyjść do sklepu z własną butelką. Do wyboru jest białe i czerwone wino, a cena wynosi 1,5 euro za litr. Tak sobie chodząc po tym niewielkim sklepiku, podczas gdy Paweł nalewał dla nas wino, zauważyłam że tu wszystko sprzedają na wagę. Sałata, szczypiorek, pieczywo, czyli produkty które u nas kupujemy na sztuki. Przynajmniej ludzie nie wygrzebują tych największych, bo nie będzie im to się w żaden sposób opłacało.

20150714_211052

Wyjściowy strój na miasto. W kubku wino. A jak!

Romantyczny wieczór spędzamy już po ciemku na plaży jedząc melona i popijając czerwone tanie włoskie miejscowe wino.

Statystyka
Dystans: 116,21 km
Trasa: Adria, Codigoro, Ravenna, Lido di Savio
Średnia prędkość: 19,07 km/h

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *