post

W kraju Krecika.

dzień 5, piątek
Racibórz, 3 lipca 2015

Budzą nas dzwony z kościoła. Zaraz zaczyna się poranna msza. Umówiliśmy się z księdzem Mariuszem na śniadanie na 8:00, więc dobrze byłoby do tego czasu się zebrać i spakować. To nie pierwsza nasza wspólna wyprawa, więc poranne czynności robimy jakoś tak automatycznie, nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Podział obowiązków wypracowaliśmy naturalnie, bez żadnego ustalania. A może po postu zgrany z nas zespół.

Poranne pakowanie

Poranne pakowanie.

Śniadanie na plebani.

Śniadanie na plebani.

Pamiątka z parafii św. Jana Chrzciciela w Raciborzu.

Pamiątka z parafii św. Jana Chrzciciela.

Śniadanie czeka na nas na stole, są pomidory, ogórki, pieczarki marynowane i świeże pieczywo. Do chleba mamy serki topione i rybę, bo dziś przecież piątek. Jest też nutella. Do picia jest gorąca herbata, a Paweł nawet dostał kawę z ekspresu. Ksiądz Mariusz sam wszystko przygotował, mówi że sami sobie gotują. Plebania natomiast jest na tyle duża, że co jakiś czas ktoś przyjdzie pomóc posprzątać, ale na co dzień radzą sobie we trzech. Miło się rozmawia, ale zaczyna się robić późno, a jeszcze musimy załatwić ubezpieczenie i kupić korony czeskie. Dziękujemy za gościnę, żegnamy się i ruszamy na rynek, załatwić co trzeba.

Polska jest płaska. Taki wniosek narzucił się Pawłowi, kiedy dojechaliśmy do granicy z Czechami w Pietraszynie. Taka prawda, że gór po drodze żadnych nie było aż do samej granicy. Kiedy rozmyślałam, którędy mamy jechać w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, żeby sobie ułatwić życie, tylko jakoś tak samo wyszło, że kierowaliśmy się na Bramę Morawską. Naturalne obniżenie terenu pomiędzy Karpatami i Sudetami. To właśnie tymi terenami prowadził legendarny bursztynowy szlak.

Przejście graniczne z Czechami w Pietraszynie

Przejście graniczne z Czechami w Pietraszynie

Dość szybko docieramy do Opavy, która jak się okazuje jest miastem partnerskim Raciborza, z którego właśnie przyjechaliśmy. Opava mająca niespełna 60 tysięcy mieszkańców, nie należy już do kategorii najmniejszych miast, dlatego nie chcemy się zbytnio w nią zagłębiać, tylko sprawnie i żwawo przejechać na drugą stronę, by znaleźć się na mniej ruchliwej trasie. Przez miasto jedziemy głównymi drogami, więc nawigowanie się jest dość łatwe. Są też wydzielone pasy dla rowerzystów, co również ułatwia jazdę. Z tego spokoju wyrywa mnie dopiero krzyk Pawła. Uważaj na kratki deszczowe!  Od razu stanęłam na baczność. Nie dość, że kratki znajdują się w dużych zagłębieniach to na dodatek są ułożone dłuższymi otworami wzdłuż, a nie w poprzek jezdni. Wjechanie kołem w taki otwór mogło by się skończyć tragicznie, zwłaszcza dla koła.

Niestety nie znamy języka czeskiego, może jedynie krecikowe AHOJ, więc zamówienie czegoś w kawiarni jest małym wyzwaniem.  Kończy się tak, że my mówimy po polsku, pani ekspedientka po Czesku i dostajemy to co chcieliśmy, także nie jest źle. Dogadamy się w Czechach. Na drugie śniadanie istna rozpusta: Kawa latte 39 CZK, kawa czarna 29 CZK, dwie bułki słodkie 14 CZK. Łącznie 82 CZK czyli około 13,50 zł. Czyżby w Czechach było taniej niż u nas? Pani ekspedientka była jeszcze tak miła, że zrobiła nam zdjęcie.

Na drugie śniadanie kawa i słodka bułka.

Na drugie śniadanie kawa i słodka bułka.

Sielskie widoki w Czechach.

Sielskie widoki w Czechach.

Kiedy tylko wjechaliśmy do Czech, zaczęły się pagórki. Nie ma też już takich długich i równych odcinków jak miało to miejsce w Polsce. Myślę jednak, że cztery dni rozgrzewki dobrze nam zrobiło. A czeskie pagórki tylko narobią apetytu przed Alpami. Już nie mogę się doczekać.

Na podjeździe mija nas kolarz. Wita się i zagaduje wesoło. Jako, że ja ledwo sapię, jadąc pod górę, nie ma mowy na powiedzenie czegoś więcej niż ahoj. Natomiast  Paweł czujący się chyba bardzo świeżo, włącza się w rozmowę. Okazuje się, że czeski kolega trenuje przed startem w triathlonie na dystansie 1/2 Ironman. No to fantastycznie. Paweł jest w swoim żywiole, zagadaj go o bieganie lub triathlon, a buzia się mu nie zamknie. Znacie ten żart: jak poznać triathlonistę na imprezie?. Nie musisz, sam Ci to powie. Sama prawda. Tak mija nam podjazd. Chłopaki trajkoczą z przodu, a ja się wlekę za nimi sapiąc.

Około 15:00 dojeżdżamy do miasteczka Budisov n. Budisovkou. Pora na obiad, więc szukamy jakiegoś baru. Są dwa, z tym że do pierwszego trzeba zejść na dół po schodkach, a z rowerami nie bardzo jest co zrobić, więc Paweł idzie zobaczyć drugi. Ja tymczasem próbuje wyjaśnić pewien dylemat co do dalszej drogi. Pomagają mi w tym rowerzyści odpoczywający w cieniu drzew nieopodal nas. Na mapie mam drogi z czerwonymi krzyżykami oznaczającymi zakaz poruszania pojazdom silnikowym, więc może rowerem damy radę przejechać. Jednak chłopaki mnie informują, że tam jest teren wojskowy i lepiej pojechać dookoła. Może trzeba będzie trochę nadrobić drogi. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że w drugim barze możemy zjeść na zewnątrz, bo z tyłu mają ogródek. A na obiad kurczak i hranolky, czyli frytki.

Za Budisovem leniwie wspinamy się pod górę. Podjazd co prawda nie jest zbyt stromy, ale wystarczająco długi, żeby zdążyć nas zmęczyć. Kiedy spoglądam na mapę wiem, że nie będzie tak przyjemnie. Kręte drogi i kierunki spływania rzek zdradzają, że teren jest górzysty. A dziś na naszej trasie pojawiają się niedługo nowe znaki kartograficzne. Mały niepozorny czarny dziubek „>” czasem zwrócony w kierunku jazdy, a czasem na odwrót. Oznacza bardzo stromy podjazd. Jednak z ciekawością i lekką obawą patrzę na ten podwójny „>>” zwrócony ostrzem w naszą stronę. Tymczasem całkiem nieświadomi, zaliczamy właśnie najwyższe przewyższenie na naszej dzisiejszej trasie, całe 564 m. n. p. m. Wiatraki stoją tu nie bez powodu.

Wiatraki.

Wiatraki.

Każdy podjazd kiedyś się kończy, a na szczycie czeka dużo nagród za włożony wysiłek. Zadowolenie z siebie jest tylko potęgowane wspaniałym widokiem, który na Ciebie czeka. A gdy już odpoczniesz i się napatrzysz w dal, możesz ruszyć w dół i pędzić. Szalony i niebezpieczny, dający niezłą dawkę adrenaliny. Zjazd z góry. Wiatr tylko szumi w uszach, a na dole żałujesz czemu tak krótko. I zaczynasz wszystko od początku. Znów podjeżdżasz pod kolejną górę.

Końcówka podjazdu.

Końcówka podjazdu.

Na szczycie góry.

Na szczycie góry.

Mijamy kolejne wioski i wzniesienia, ruchu na drodze praktycznie nie ma, jesteśmy tu sami. Tylko my i ładne krajobrazy. Z lewej strony objeżdżamy górę Jedova, a wspomniany wcześniej groźny znak na mapie „>>” oznacza najbardziej szalony i długi zjazd dzisiejszego dnia. Idealny na koniec. Paweł zalicza prędkość prawie 63 km/h, a ja zawsze staram dotrzymać mu tempa, co nie mówi zbyt wiele o naszym rozsądku. Ponosi nas adrenalina. Wjeżdżamy do miejscowości Dolany i właśnie stuka na 100 km, więc Paweł wydaje zarządzenie, że zaczynamy szukać noclegu. Skręcamy na rondzie w lewo i widzimy przed nami kościół, może tam warto spróbować zapytać. Paweł wchodzi bocznymi drzwiami i zagaduje panią, która była akurat w środku. Poleca nam zapytać w budynku obok. Dzwonimy dzwonkiem i czekamy. Wychodzi do nas młoda pani, a my uśmiechając się szeroko, zaczynamy dukać najprostszym polskim i gestykulować. Chyba zrozumiała. Mówi, że musi się zapytać, więc znów czekamy. Czekamy… i tak! Możemy zostać! Jakie to jest niesamowite uczucie, kiedy ktoś Cię przyjmuje i wiesz, że już nie musisz się martwić o nocleg, aż do następnego wieczoru. Zaraz możesz zjeść kolacje, odpocząć, zrelaksować i po prostu cieszyć się dzisiejszym pokonanym odcinkiem. Pani prowadzi nas do bramy obok. A za bramą jest ogród, jeszcze większy niż ten raciborski i są tu nawet barany!. Możemy rozłożyć swój namiot przy domku, który ochrzciłam jako domek Muminka. Zielona trawa, drzewa, przecież tu jest lepiej niż na niejednym polu namiotowym. Udostępniono nam też ciepły prysznic, możemy skorzystać z toalety i uprać sobie ubrania. Wieczorem słychać spokojną nastrojową muzykę, niedaleko od nas. Tak jakby za murem naszego ogrodu, odbywał się koncert. Zasypiamy.

Nocleg przy domku Muminka.

Nocleg przy domku Muminka.

Zachód słońca.

Zachód słońca.

Statystycznie
Dystans: 100,82 km
Trasa: Racibórz, Pietraszyn, Koberice, Sluzovice, Opava, Melc, Budisov n. Budisovkou, Stara Libava, Jivova, Dolany
Średnia prędkość: 16,22 km/h
Ilość krecików spotkanych na trasie: niestety Zero.

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *