post

Ta cholerna sjesta.

dzień 14, niedziela
Osoppo, 12 lipca 2015

Budzimy się wypoczęci i pełni optymistycznego nastawienia dla nowego dnia. Witają nas gorące promienie słoneczne, wpadające przez wejście do namiotu. Z rana odwiedza nas ksiądz. Pyta jak się spało i czy czegoś nam nie potrzeba. Musi już jechać więc chciał się pożegnać i w tym momencie wyciąga swój portfel i próbuje Pawłowi wręczyć banknot 20 euro. Zaczynamy tłumaczyć że nie, nie możemy przyjąć pieniędzy. Próbuje jeszcze raz, ale po naszych ponownych odmowach i podziękowaniach za pomoc, odpuszcza. Głupio nam.

DSC_0367

Prawie gotowi do odjazdu

Alpy skończyły się wczoraj na dobre, jednak kierujemy się cały czas w stronę Adriatyku więc dalej pomału zjeżdżamy w dół do poziomu morza. Czuć że szybko dziś pokonujemy kilometry. Jak tak dobrze idzie to może udało by się nam dojechać do Wenecji a jutro byśmy sobie trochę pozwiedzali.

Brakuje mi małych lokalnych sklepików. Ciężko nam cokolwiek kupić, chociaż by na drugie śniadanie, bo po drodze nie możemy napotkać nic ciekawego. W końcu po ożywionej dyskusji i krótkiej wymianie zdań, siadamy w małej kawiarence, z kawą i rogalikiem. Śniadania na słodko to nie jest TO co ja lubię, z tego powodu że zaraz znów jestem głodna. Ale nie mieliśmy za dużo do wyboru. Nie żeby kawa i rogalik były nie dobre, ale te włoskie śniadania zdecydowanie nie są dla mnie.

DSC_0366

Napełnianie baku

Do tej pory zakupy robił zwykle Paweł. Dzięki temu ja mogłam sobie odpocząć. Tym razem było inaczej. To może ja tak dla odmiany zrobię zakupy. Akurat zatrzymaliśmy się pod wielkim LIDLem. Sklep jak sklep, wszystkie Lidle są podobne, ale produkty trochę inne niż u nas więc z zaciekawieniem oglądam wszystko dookoła. Dużo makaronów, pieczywa, świeżych owoców i warzyw oraz niesamowite ilości wędlin.  A i jeszcze krem z filtrem 50 Bambini, czyli dla dzieci. Przy kasie spotkałam jeszcze niesamowitego gościa. Mówi że podróżuje na rowerze od 10 lat! Chociaż może czegoś takiego to już nie można nazwać podróżą a życiem. Zamieniamy jeszcze kilka słów stojąc przed sklepem. No i w tym momencie się zaczyna. Paweł ma do mnie niesamowite pretensje o to ile czasu musiał na mnie czekać. Spędziłam w tym sklepie ponad 0,5 godziny. Przed nami długa droga i że powinnam się streszczać, bo inaczej tracimy mnóstwo czasu.

Zatkało mnie.

O co tyle krzyku. Jak on idzie do sklepu to ja jakoś nic nie mówię. A po za tym TO GDZIE NAM SIĘ TAK ŚPIESZY?

Kłócimy się.

Wychodzi tu ta ogromna różnica w myśleniu o podróżowaniu rowerem. Ja szukam w tym odpoczynku i oderwania od rzeczywistości. Dla Pawła jest to dalej sport i pewien wyścig. Tylko  z kim on się teraz ściga? Sam ze sobą. W głowie na okrągło sobie przelicza. Dziś dystans taki, prędkość taka, godzina jeszcze wczesna, jeszcze damy radę tyle. A nie , a może tyle kilometrów. Dobra średnia, jest dobrze. Nie jednak za wolno jedziemy. Trzeba nadgonić. I tak od dwóch tygodni. Znerwicowany ten mój Paweł, to w końcu nie wytrzymał i na mnie naskoczył, bo ja sobie włoskiego LIDLA zwiedzałam.

Nie jest to temat do dyskusji. Ja nie będę się spinać, że muszę gdzieś dziś dojechać, żeby mi dobre statystyki wyszły. A Paweł i tak będzie się ścigał sam ze sobą, bo ja się z nim ścigać nie chcę. Każdy ma inne potrzeby i oczekiwania.

W Cordovado robimy sobie krótką przerwę i odpoczywamy w cieniu drzew. Pawła niestety dalej męczy choroba więc często odwiedza lokalne bary. Ale ten pozostanie w naszej pamięci trochę dłużej.

DSC_0368

Cordovado. Odpoczywamy w cieniu drzew.

Włoska pizza marzy mi się od dawna. Byśmy może w końcu jakąś zjedli. Ale nie jest nam to dane. W Portogruaro, zamykają nam pizzerię przed nosem. Ta ich cholerna sjesta. Nie ma mangiare, nie ma pizzy, bo wszyscy idą spać. A jak lokal jest przypadkiem otwarty to tylko coś do picia można zamówić. Jeśli nie do baru to może w sklepie coś kupimy do jedzenia. Jest jeden, wielki, jeszcze większy od LIDLA. I co? JAJCO! Spóźniliśmy się 10 minut. Zamknęli o 14:00 a co gorsza dziś już nie otworzą bo niedziela. Kiepsko. Ale na szczęście zrobiłam zakupy w LIDLU to z głodu nie umrzemy. Także urządzamy sobie piknik pod supermarketem, a dookoła tylko pusty parking. Ludzi nie ma, bo śpią. Brakuje tylko tych kłębków trawy wirujących na wietrze jak w westernach.

No i się zaczyna. Paweł się pyta gdzie jego telefon? Tak jakbym ja miała wiedzieć. No ale nic, szukamy. Dzwonię. Nic. Wszystkie sakwy przewalone. Nic. Nawet moje sakwy przeszperane. Nic. Robi się nam gorąco. Tylko spokojnie. Przypomnij sobie gdzie ostatnio go wyjmowałeś? W toalecie. W barze. W Cordovado. 12 km stąd.

No i tutaj następuje mój „popis” inteligencji. Mówię do Pawła: zostaw sakwy i jedz tam do tego baru. Chwilę później zostałam sama, ze wszystkimi naszymi rzeczami, pod wielkim supermarketem bez możliwości ruszenia się gdziekolwiek, bo mam za dużo rzeczy i na dodatek nie mamy ze sobą żadnego kontaktu. Paweł pojechał, 12 km to na rowerze gdzieś z 30 min. Głupi telefon. Trudno to tylko telefon. I w tym momencie do mnie dotarło. Zdjęcia. Stracimy tyle zdjęć! Mija 10 minut odkąd pojechał. Dookoła pusto, tylko jakieś dzieciaki kręcą się na rowerach. 20 min. Przeszukałam wszystkie sakwy jeszcze raz. 30 min. Paweł dalej nie dzwoni, a ja chodzę w kółko po rozgrzanym chodniku. Jeszcze chwila i cień mi się skończy, a przenieść się z tymi bambetlami łatwo nie będzie. 35 min. Czemu nie dzwoni? Czemu? A może to nie tam…

40 min. Dzwoni, ale numer zagraniczny. Paweł dojechał na miejsce ale bar jest zamknięty bo jest… sjesta! A co gorsza już go dziś nie otworzą bo jest niedziela. Pani, która w nim pracuje mogła by podjechać ale dopiero o 18:00! O 18:00??!! Teraz jest dopiero 15:40. A mieliśmy dziś dojechać do Wenecji.

Z tych nerwów chce mi się płakać. Trudno, poczekamy. Paweł tam, ja tutaj. Rozdzielanie się w przypadku zgubienia telefonu to bardzo głupi pomysł. Powinniśmy byli wrócić się razem. Ale mamy szczęście. Głupi ma zawsze szczęście. Właścicielka baru podjechała wcześniej niż mogła i oddała Pawłowi telefon. Zadzwonił od razu do mnie i dał znać że już wraca.

Co robimy? Jest 17:00. Do Wenecji mamy 60 km. A co my możemy w takiej sytuacji zrobić. Zapier… To znaczy ruszamy dalej. Zapieprzaliśmy tak 3 godziny non stop ze średnią 20 km/h. Paweł mnie prowadził na kole, żebym nadążyła. No i udało się. Ok 20:00 znaleźliśmy pierwszy lepszy camping blisko Wenecji i po rejestracji poszliśmy do baru prosto na piwo i pizzę. Właściwie to dwa piwa i dwie pizzę. Muszę się wyluzować i odpocząć.

Jutro z rana ruszymy pozwiedzać Wenecję, a rowery zostaną na campingu.

Statystyki
Dystans: 148,47 km – tyle przejechał Paweł, jeśli o mnie chodzi to wyszło ok 125 km
Trasa: Osoppo, Dignano, Cordovado, Portogruaro, San Dona di Piave, Mestre
Średnia prędkość: 20,21 km/h

print

2 thoughts on “Ta cholerna sjesta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *