post

Szerszeń bydlak.

dzień 19, piątek
Perugia, 17 lipca 2015

Nagle obudziłam się z krzykiem, tak przerażona, że w sekundę podniosłam się z ciepłego śpiwora. Śpimy 10 metrów od torów kolejowych, a właśnie z ogromnym hukiem przejechał obok nas pociąg towarowy, wcześniej zaznaczając swoją obecność syreną. Mam uczucie, że leżę bezpośrednio na torach i nadjeżdżający pociąg zaraz po mnie przejedzie. Niesamowite wrażenie, aż się cała spociłam.  Dopiero po paru chwilach uświadamiam sobie, że nic mi nie grozi i powoli zasypiam dalej.

Zwijamy się dość wcześnie rano, żeby jak najszybciej znaleźć drogę wyjazdową z miasta w odpowiednim dla nas kierunku. Perugia nie zostanie w mojej pamięci aż tak mile zapamiętana, chociaż muszę przyznać, że nocleg nam się udał. Kołujemy trochę po okolicznych miejscowościach by po paru kilometrach w końcu wyjechać na drogę na Marsciano.

Szerszeń bydlak

Zjazd jak takich wiele. Tym razem może trochę więcej samochodów na drodze. Jest na tyle długi że Paweł zostawia mnie daleko w tyle, a sam szybko śmiga w dół. Jego masa mu sprzyja. Staram się go nadgonić co nie jest w cale takie łatwe. Nagle czuję uderzenie w prawą część klatki piersiowej, jakby mnie ktoś kamieniem rzucił. A po chwili czuję przeszywający ból i słyszę charakterystyczne wściekłe brzęczenie. Staram się to COŚ z siebie strzepnąć po czym czuje jak gryzie mnie jeszcze raz, tym razem w szyję. Wystraszona, próbuje dogonić Pawła i krzyczę za nim by się zatrzymał.

Coś mnie ugryzło – mówię ze łzami w oczach. Paweł sprawdza, czy nie mam wbitego żądła. Jestem przerażona bo nie wiem czy przypadkiem nie mam uczulenia na jad pszczół czy co to mogło być. Kiedyś noga mi tak spuchła, że nie mogłam normalnie chodzić. Ale tak się stało tylko raz. Paweł przykłada mi zimną butelkę z wodą by trochę ulżyć mym cierpieniom. Stoimy tak może z 10 min, po czym ruszamy dalej.

Piecze jak cholera. Ból jest nieznośny, a do tego jedziemy pod górkę więc strasznie się męczę. Na dodatek czuję, że coś jest nie tak z moimi ustami i oczyma. Puchną. A cała skóra zaczyna mnie swędzieć. Nie jest dobrze. Zatrzymujemy się, schodzę z roweru i wymiotuję. Wszystko mnie swędzi i na całej skórze mam czerwoną wysypkę. W głowie mam tylko jedna myśl. Kiedy poczuję, że brakuje mi powietrza.

Szukamy apteki. Farmacia kolejne słowo którego się nauczyłam, głównie dzięki temu, że jadąc przez Italię widziałam wiele kierunkowskazów na apteki. O dzięki Ci Panie, że jest wcześnie i nie ma tej cholernej sjesty, bo byśmy pocałowali klamkę, a ja bym chyba umarła z nerwów. Pan farmaceuta na szczęście znał angielski więc Paweł szybko się z nim dogadał i wyjaśnił co się stało. Ja natomiast tylko stałam i wyglądałam. A wyglądałam okropnie. Powieki, usta spuchnięte a całe ciało pokryte czerwoną wysypką. Wszystko mnie swędziało, dosłownie wszystko. Jedyne co było w tym wszystkim dobrego to to, że się nie dusiłam. Inaczej byłabym przeraźliwie spanikowana. Pan farmaceuta, najbardziej flegmatyczny Włoch jakiego spotkaliśmy przepisał mi ZYRTEC.

Wzięłam od razu i czekamy. Położyliśmy się pod wiatą parkingu obok apteki. Jest pioruńsko gorąco. Ugryzienie piecze dalej, ale czuję że swędzenie pomału ustępuje. Farmaceuta uprzedził nas, że po lekach mogę być senna, więc staram się troszkę przespać. Zastanawiamy się co dalej, czy jechać gdzieś, czy poszukać noclegu i dać sobie spokój z jazdą na dziś. Paweł dogaduje się z aptekarzem, że ten za godzinę zabierze nas do zaprzyjaźnionej kwatery, gdzie możemy wynająć pokój. Godzinę później podążamy za nim na rowerach. Paweł jedzie szybko, ja zostaję w tyle otumaniona lekiem i zmęczeniem. W końcu podjeżdżamy pod wielką piękną willę.  Pani gospodyni pokazuje nam pokój z łazienką. Warunki luksusowe, zbyt luksusowe jak dla nas, więc nawet nie pytamy o cenę. Ja korzystam tylko z prysznica i przebieram się w czyste ubrania co sprawia, że od razu czuję się trochę lepiej. Zostajemy w ogrodzie, aż do sjesty. Jemy drugie śniadanie, a ja korzystam z czasu wolnego i śpię na ławce. Wysypka mi schodzi po dwóch godzinach. Czuję się zmęczona ale decydujemy się jechać dalej.

20150717_113647

willowy ogródek

20150717_123425

Gdzieś z boku trasy mignął mi przed oczami cyfrowy wyświetlacz a na nim temperatura 42ºC. Oglądam się jeszcze raz żeby się upewnić czy dobrze widzę, ale jest już za późno. Ale kiedy wyjeżdżamy z cienia drzew, słońce pali nam każdy kawałek odsłoniętego ciała. Jestem mocno przymulona, emocje z rana i leki trochę mnie zmęczyły więc postanawiamy sobie odpocząć. Jako że wszyscy włosi poszli spać, korzystamy z ich nieobecności i gościmy się w ogródku jednej z przydrożnych knajp. Jest tu nawet taka bujana ławka na której się rozkładam i śpię. Dobrze mi to robi.

Za Ponterio droga wzdłuż Tybru nie jest już taka przyjemna jak to miało miejsce przed Perugią. Wczoraj dolina była szeroka i lekko schodziła w dół, dziś rzeka płynie wąskim wąwozem, a my wspinamy się mozolnie po jego zboczach. Co jakiś czas przejeżdżamy nawet przez tunele chroniące przed lawinami i osuwiskami.

20150717_134339

Włoskie krajobrazy

20150717_173247

Dolina rzeki Tyber. Na zboczu góry widać wyrazie przerwę wśród drzew, którędy prowadzi droga.

20150717_174346

Droga wśród skał

20150717_175934

Lago di Corbara

Włoska mentalność

Dzisiejszą jazdę postanawiamy zakończyć w małej miejscowości Baschi. Oczywiście musieliśmy się tu wdrapać pod górkę, ale przynajmniej rano będzie miło zacząć dzień od zjazdu. To malutkie miasteczko z imponującą starówką z kamienia nie jest dla nas aż tak gościnne. Kościół jest zamknięty na cztery spusty i nie ma żywej duszy w około, więc wracamy do głównej drogi. Pomyślałam, że dobrze by było teraz coś zjeść zanim ruszymy szukać noclegu bo później może być już za późno żeby się tu wracać. Konsumujemy pizzę w lokalnym fast foodzie. Tak tak, włosi też mają pizzowe fast foody, nie tylko Trattoria i Ristorante. Można tu kupić pizzę na kawałki.

Po dzisiejszych porannych przeżyciach jestem na tyle zmęczona, że pytam się Pawła czy nie możemy dziś przenocować gdzieś na kwaterze, zwłaszcza że niedaleko stąd widziałam kierunkowskazy wskazujące na jakiś hotelik. Tak więc, po kolacji podążamy za wskazówką. Ale nic z tego. Dookoła są tylko domy mieszkalne. Pytamy więc miejscowych Włoszek siedzących na ławce nieopodal nas o jakikolwiek nocleg. Panie zaczynają dywagować między sobą, jakby dyskutowały przy porannej kawie. My czekamy na jakąś wskazówkę. Czekamy. Czekamy… Nagle jedna z nich wyciąga telefon i zaczyna dzwonić po znajomych z pytaniem czy ktoś z nich nie ma pokoju do wynajęcia. A my czekamy… Czuje że Paweł zaczyna się irytować. Jedna z pań, ta która akurat nie obdzwoniła wszystkich których zna, przy okazji sobie z nimi plotkując, też to zauważyła. Wsiadła w samochód i powiedziała że pokaże nam drogę gdzie może znajdzie się miejsce na namiot.

W ten sposób wylądowaliśmy na łączce za boiskiem do piłki nożnej. Ludzi w około nie ma ale czekamy z rozłożeniem namiotu do zmroku, przy okazji sprawdzając czy ktoś nie zainteresuje się naszą obecnością. Jedyny minus tej sytuacji to brak bieżącej wody, więc dziś o prysznicu możemy zapomnieć. Cali w kremie i kurzu zmęczeni idziemy spać.

Statystyka
Dystans: 80,67 km
Trasa: Perugia, Marsciano, Ponterio, Baschi
Średnia prędkość: 14,02 km/h

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *