post

Stuka nam 1000 km.

dzień 10, środa
Bad Waltersdorf, 8 lipca 2015

Dziś jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, stuknie nam 1000 km na liczniku. Na dodatek będziemy spać w nowym kraju. Na Słowenii. Ale wszystko po kolei. Rano aż żal opuszczać taki przyjemny camping. Siedzimy sobie właśnie przy stoliku i jemy śniadanie, jednocześnie przyglądając się jak nasz sąsiad, rowerzysta z Czech, pakuje swoje sakwy.

Podróżuje sam, więc też sam musi wszystko wozić. Ma sakwy z przodu, z tyłu, na bagażniku, na kierownicy i jeszcze na dokładkę plecak na plecach. My we dwójkę pod tym względem mamy  trochę łatwiej. Wiele rzeczy rozdzielamy na dwoje. Namiot, apteczka, kosmetyczka, palnik z gazem, menażka i inne kuchenne szpargały, mapy, aparat. A od noclegu w Czechach, kiedy Paweł zapomniał o butach to dzielę się z nim moimi klapeczkami.  Czeski rowerzysta też jedzie w kierunku Mariboru, a potem do Włoch, ale kiedy się dowiaduje, że my robimy średnio 100 km dziennie, to stwierdza, że to dla niego o wiele za dużo. Do Mariboru dotrze pewnie dopiero jutro wieczorem. Czyżbyśmy naprawdę tak szybko jeździli. Nie.. Z drugiej strony jest u nas taka myśl z tyłu głowy, że urlop nie trwa wiecznie, a jeszcze nie wiemy jak z Rzymu wrócić…

Śniadanie zjedzone, czas ruszać. Jeszcze żegnamy się z uśmiechniętą od ucha do ucha Gerti i ruszamy, zahaczając o  supermarket SPAR. Zakupy w naszym wykonaniu zwykle wyglądają tak, że ja mówię Pawłowi co ma kupić, a on idzie i kupuje. Ja w tym czasie sobie odpoczywam i szykuje bidony do uzupełnienia wody. Może się zastanawiacie, czemu to nie ja idę do sklepu, skoro wiem co kupić? Otóż dowiecie się za 4 dni. Jak we Włoszech pójdę na zakupy do LIDLA.

20150708_114744

Okolice Riegersburga

Okolice Riegersburga

Zamek w Riegersburgu

Zamek w Riegersburgu

Zamek na wulkanie

Nagle  na horyzoncie wyłania nam się piękny widok na zamek położony nad samym urwiskiem. Jest to średniowieczny zamek w Riegersburgu, który zaczęto budować już w XII wieku. Szczyt góry z niedostępnym zboczem stanowił idealne miejsce na budowę warowni. A jeszcze ciekawszym faktem jest to, że skała pod nim zbudowana jest z bazaltu, co wskazuje, że góra po której sobie właśnie jedziemy jest nieczynnym już dziś wulkanem. Paweł natomiast dość chłodno podsumowuje tą jakże imponującą twierdzę spostrzeżeniem, że nigdy by w niej nie zamieszkał, bo bałby się, że spadnie w dół zbocza. Każdy ma swoje priorytety, jedni chcą mieszkać na wulkanie inni nie.

Zamek jest dokładnie tutaj

Zamek jest dokładnie tutaj

Jedziemy pod górę. W sumie nie jest jakoś specjalnie stromo, ale tempo naszej jazdy znacznie spada. A tu za nami pojawia się samochód. Linia ciągła, więc wyprzedzić nas nie może. I NIE WYPRZEDZA. Tylko pomalutku bez trąbienia pyrka sobie za nami. Zero klaksonów. Spokój. Tak pomału wleczemy się na górę, a za nami już sznur samochodów i jakoś wcale się nikomu nie śpieszy i nikt się nie awanturuje. Kultura i bezpieczeństwo na drodze na zupełnie innym poziomie.

Chodnik, ścieżka rowerowa, autostrada...

Chodnik, ścieżka rowerowa, autostrada…

W Deutsch Goritz postanawiamy się w końcu zatrzymać. Doliną dobrze się jedzie ale mamy na liczniku już 65 km, także warto się czymś wzmocnić. W miasteczku pustki, zero ludzi, ale na szczęście jest knajpa. Siadamy na dworze, bierzemy po Coca – Coli, a tu nagle z nieba kap kap. Deszcz? Niemożliwe. Z drugiej strony w końcu musiało do tego dojść bo od rana coś wisiało w powietrzu. To chyba ta wczorajsza burza w końcu nas dogoniła. Także akurat dobrze się stało, że jednocześnie odpoczywamy, kiedy pioruny uderzają w około. W innym wypadku stalibyśmy pod jakimś daszkiem lub nie i mokli, a ja na dokładkę trzęsłabym się z przerażenia. W barze mają pizzę. Co prawda jest odgrzewana, ale zawsze kelnerka mogła powiedzieć, że w ogóle nic nie ma do jedzenia, także jest super. A do pizzy dostajemy nawet ketchup,  czyli jest prawie jak w domu. Mrożona pizza z biedry polana ketchupem. Też tak macie? Nie? Ja też nie. O zgrozo! Mrożona pizza, blech.

Przejście graniczne ze Słowenią

Przejście graniczne ze Słowenią

Granice przekraczamy na starej drodze prowadzącej do Mariboru. Przejście graniczne lata świetności ma już dawno za sobą odkąd granice są otwarte, a nad naszymi głowami wszystkie samochody śmigają autostradą. Pozostały tutaj tylko stare opuszczone budynki po barach, tiry niedobitki korzystające z jeszcze czynnej stacji benzynowej, no i my. Niezbyt zachęcająco to wygląda, dlatego szybko się stamtąd zwijamy. Od razu można poczuć, że wjechaliśmy do innego kraju. Słowenia mimo, że jest najsilniej rozwijającym się gospodarczo krajów UE wśród wstępującej dziesiątki z 2004 roku, to różnica pomiędzy bogatą Austrią od razu rzuca się w oczy. Zwłaszcza stan infrastruktury. No i szyldy ze słoweńskimi napisami, które u mnie wywołują uśmiech na twarzy. Język słoweński jest bardzo uroczy. To wszystko sprawia, że czuję się bardziej jak w Polsce, jak w domu. Robi mi się tak jakoś miło.

Droga do Mariboru mija nam bardzo szybko. Mniej ładu i porządku wyczuwam nawet w krajobrazie. Bardziej tu dziko, więcej lasów, łąk i przydrożnych krzaków, mniej zabudowań. Muszę przyznać, że w Austrii trochę doskwierało mi brak takich pustych przestrzeni. Tam co chwila jest miejscowość. Z jednej wyjeżdżasz, do drugiej wjeżdżasz. Z drugiej strony praktycznie każdy Austriak, którego mijaliśmy po drodze w tych małych wioskach, mówił do nas dzień dobry, uśmiechał się szeroko i z takim dużym zrozumieniem podążał za nami wzrokiem. Dokładnie wiedział, dlaczego jedziemy na rowerach, a nie samochodem lub samolotem. Nie to co na wschodzie, tam jest zupełnie inaczej, ale również uroczo na swój sposób.

Maribor

W końcu docieramy do Mariboru. To drugie pod względem wielkości miasto Słowenii, liczy sobie prawie 120 tys. mieszkańców. Położony nad rzeką Drawą, w 2012 roku został europejską stolicy kultury. A dla fanów wina, wspomnę że w Mariborze znajduje się Stara trta, czyli najstarsza winorośl na świecie, licząca około 400 lat. Szybko odnajdujemy stare miasto i pierwsze co, to odwiedzamy informację turystyczną. Na obrzeżach miasta jest jeden camping, więc będziemy się tam kierować na nocleg, ale tymczasem postanawiamy spędzić trochę czasu tutaj w centrum. Są lody, kawa i piwo. Jest też przejażdżka małymi brukowanymi uliczkami, pomiędzy starymi kamienicami.

Mariborskie uliczki

Mariborskie uliczki

Piwo, kawa. Rozpusta.

Piwo, kawa. Rozpusta.

Kamienice

Kamienice

Ulice Mariboru

Ulice Mariboru

Zamek w Mariborze

Zamek w Mariborze

Maribor

Maribor

Jak niesamowicie motywujące są takie krótkie, przypadkowe spotkania. Stoimy na światłach, czekając na przejazd. Zza pleców wyjeżdża młody chłopak na rowerze. Zatrzymuje się obok mnie i pyta:
Jesteście z Polski? Pyta rowerzysta. Chyba zauważył flagę powiewającą za Pawła plecami.
Tak. Odpowiadam uśmiechając się ładnie, bo miło się robi jak ktoś zna nasze narodowe barwy.
Przyjechaliście aż tutaj na rowerach?
Tak, właśnie nam stuknęło 1000 km.
Super! Podniósł kciuk do góry i śmignął na skrzyżowaniu w prawo. Tyle go widzieliśmy.
Takie niesamowicie motywujące, krótkie, przypadkowe spotkanie.

Zrobiło się ciemno i ponuro. Znów nadciąga burza, więc przyspieszamy tempo, żeby nie złapał nas deszcz. Na szczęście kemping jest dość dobrze oznaczony, więc udaje nam się dość sprawnie dotrzeć. Kemping Center Kekec w Mariborze położony jest na południowo-zachodnim obrzeżu miasta, bardzo blisko ośrodka narciarskiego Mariborsko Pohorje. Trasa zjazdowa na zalesionym zboczu góry Lobnicy mocno rzuca się w oczy, więc przynajmniej wiadomo w którym kierunku zmierzać. Szybki meldunek, opłata 19 euro za naszą dwójkę i rozkładamy namiot, kiedy zaczyna już padać. Uff udało się drugi raz dzisiejszego dnia uniknąć deszczu.

A jak chcecie zobaczyć jak wygląda taki kemping to zapraszam na krótki film pokazowy:

Leje i grzmi, a my korzystając że jeszcze jest dość wcześnie, pałaszujemy kolację i odpoczywamy pod daszkiem. Przyznam że ten kemping jeszcze bardziej mi przypadł do gustu niż ten w Bad Waltersdorf. Wszystko na najwyższym poziomie i tak zielono, a do tego mamy nawet komputer do dyspozycji. Poza wiadomościami z telewizji, którą oglądaliśmy w Wiedniu, mało wiemy co się dzieje na świecie i w Polsce. Dobrze jest być takim odciętym od świata. Jesteśmy tylko my, tu i teraz.

Czas spać. Dobranoc burzo!

Statystyki, statystyczki:
Dystans: 111,61 km
Trasa: Bad Waltersdorf, Ilz, Riegersburg, Feldbach, Gnas, Deutsch Goritz, Spielfeld, Maribor
Średnia prędkość: 15,30 km/h
Ilość burz z piorunami: 2 i to porządne

print

2 thoughts on “Stuka nam 1000 km.

  1. Ale super! Ja też bym tak chciała! Jednak ja tylko po mieście jeżdżę moją damką. Nie mam takiej kondycji aby wybierać się na tak długie podróże. Fajny blog 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *