post

Odsiecz Wiedeńska.

dzień 7, niedziela
Nove Mlyny, 5 lipca 2015

Rano zbieramy się najszybciej jak to możliwe i po podziękowaniu właścicielce za możliwość noclegu, odjeżdżamy. Musimy znaleźć sklep bo nasze zapasy pożywienia trochę się skurczyły. Do granicy z Austrią zostało zaledwie 15 km, ale musimy pokonać jedno ostatnie wzniesienie. Jedziemy pomału pod górkę i mam jakieś dziwne uczucie. Jakby ktoś tak właśnie kubeł wody na mnie wylał. Czyżby ten podjazd był tak stromy?

Paweł Ty też jesteś taki spocony? 

No! A Ty też? Ufff to dobrze bo już myślałem, że to przez moje choróbsko i coś ze mną źle.

To przez ten las. Po nocy wszystko paruje i wytwarza się tu mikroklimat. Przynajmniej rano, dopóki ciepłe powietrze wszystkiego nie wysuszy. Wjechaliśmy w obszar chronionego krajobrazu Palava, w którego zasięgu znajduje się urocze niewielkie miasteczko Mikulov. Centrum miasta robi naprawdę duże wrażenie. Nie bez powodu w 1952 roku uznane zostało za obszar zabytkowy. Liczne kościoły, żydowska synagoga i największy na Morawach cmentarz żydowski. Do tego wszystkiego najważniejszy górujący nad miastem barokowy zamek Mikulowski, który gościł swego czasu samego Napoleona Bonaparte. Spacerując po mieście od razu można wyczuć, że dookoła mamy do czynienia z obszarem winiarskim. Na każdym kroku w winiarniach można spróbować lokalnych specjałów. Smakosze powinni tu przybyć w drugi weekend września, kiedy odbywa się święto wina – Palavskie vinobrani.  Mimo wczesnej pory na starówce, aż roi się od turystów, a wśród nich dużą część stanowią też rowerzyści. Jest tak uroczo i ciepło, że koniecznie musimy odpocząć w lokalnej kawiarni by rozkoszować się tą miłą chwilą. Jadąc samochodem do Wiednia lub dalej na południe Europy, naprawdę warto zatrzymać się tutaj na chwilę, a może nawet dwie. Więcej ciekawostek znajdziecie na stronie miasta oraz na planie miasta.

Panorama miasta Mikulov.

Panorama miasta Mikulov.                                                                                 źródło – www.mikulov.cz/cz

Zimna herbata dla ochłody

Zimna herbata dla ochłody

Wizyta w Mikulovskiej kawiarni.

Wizyta w Mikulovskiej kawiarni.

 

 

 

 

 

 

Resztki czeskich koron zamieniamy na Euro. Czechy były dla nas bardzo łaskawe, jeśli chodzi o fundusze. Wydaliśmy przez te 2 dni, około 220 zł, z czego większość na jedzenie. A przecież w Raciborzu kupiliśmy czeskich koron za 500 zł. Także teraz mamy łącznie 1067 euro, co ma nam starczyć na resztę podróży i powrót do domu. Dobrze by było gdybyśmy się w tym zmieścili. Na nasze wycieczki zawsze bierzemy gotówkę. Rozdzielamy ją między sobą, a potem chowamy jeszcze w kilku różnych miejscach wśród naszych rzeczy, tak dla bezpieczeństwa. Ale sama myśl o jeździe z taką sumą nie jest przyjemna. Jednak użycie karty to ostateczność. Tym razem dobrze przygotowaliśmy się pod względem waluty. Śledziliśmy kurs euro, ale zdecydowaliśmy się na kupno dopiero w kwietniu po informacji w radiowej trójce, o niskim kursie, którą usłyszeliśmy oboje, będąc w dwóch różnych miejscach. Udało się wtedy kupić euro po kursie 4,06. Ale starczy tych finansów. Trzeba ruszać. Do Austrii. Na Wiedeń!

Z wizytą w kantorze.

Z wizytą w kantorze.

Przejście graniczne z Austrią

Przejście graniczne z Austrią

Po ciszy w Czechach znów słychać wesołe klaksony. No tak, jedziemy przecież krajówką, więc spora część mijających nas samochodów jest z Polski. Sezon wakacyjny trwa w najlepsze. Poysdorf, to pierwsze większe Austriackie miasteczko na naszej trasie. Zmęczeni jazdą, siadamy sobie w cieniu na chodniku, żeby odpocząć. Jakoś pusto w około, ludzi nie ma, sklepy pozamykane. Aha.. dziś niedziela. To nie Polska, handlować nie można. A woda? Gdzie tu kupić wodę? Paweł bohater zdobywa wodę w pobliskiej ciastkarni. Ale robi się nam dopiero niesamowicie przyjemnie, jak dostajemy wiadomość od naszych przyjaciół z Polski, z informacją, że załatwili nam nocleg u ich cioci w Wiedniu. Wszystko zorganizowane, trzeba tylko dojechać.

W tej Pawła chorobie i częstej potrzebie chodzenia do toalety, jest pewna mała zaleta. Jeśli jesteśmy w mieście, Paweł odwiedza lokalne bary i knajpy częściej niż normalny człowiek, więc przy okazji może znaleźć fajne miejsce na obiad. Tak się właśnie złożyło w Wilfersdorfie. Po powrocie z toalety Paweł stwierdził, że ta pizzeria  wygląda fajnie i właściwie to może byśmy już zjedli obiad.

Wilfersdorf

Wilfersdorf

Gaweinstal. Pusto. Znów leżymy na chodniku w cieniu budynku. Ale teraz to nawet w cieniu jest tak pioruńsko gorąco, że trudno jakkolwiek odpocząć. Trzeba jechać dalej. Pomalutku. Zazwyczaj, odpoczynki robiliśmy co 20 km, dziś zatrzymujemy się co 10 km.

Oglądaliście kiedyś niemiecko – szwajcarski post-apokaliptyczny thriller pt. „Hell”? Nie? To pod żadnym pozorem nie oglądajcie! W życiu nie widziałam nudniejszego filmu. Choć może trudno powiedzieć, że go widziałam, bo był trzecim filmem na nocnym maratonie filmowym i po prostu zasnęłam na nim w kinie. Spało się całkiem przyjemnie. Ale kiedy tak jedziemy drogą krajową nr 7 prowadzącą nas prosto do Wiednia, a z nieba leje się żar i ludzi ani widu ani słychu, myślę tylko o tym filmie.

„Świat spalony słońcem. Temperatura na Ziemi wzrosła o 10°C. Słońce – dawniej źródło życia, światła i ciepła, obróciło Ziemię w jałową pustynię i doprowadziło do długotrwałych susz, dając początek palącym jak ogień upałom. Przeszywające światło wdziera się niemal wszędzie i nawet noce są nieznośnie jasne. Woda zanika, a kaptury i maski to jedyna ochrona przed słońcem, które parzy jak rozżarzony ogniem węgiel.” 

Hell - słońce was spali

Właśnie tak się dziś czujemy.

Nawet nie macie pojęcia jaką radość, może sprawić widok McDonaldsa. Ile nagle sił w nogach pędzimy, bo tam jest Coca-Cola z LODEM! Rozumiecie to.. Z LODEM! Wjeżdżamy na parking prawie jak para bohaterów narodowych, bo w niedaleko stojącym autokarze, jest polska wycieczka. Chyba dostrzegli  naszą flagę, bo nagle słyszymy burzę krzyków i oklasków w naszą stronę. Machamy do nich radośnie, jakbyśmy co najmniej kończyli jakiś wyścig i właśnie zdobywali pierwsze miejsce.

Jest shake, Coca-cola, a McSprzedawca jest tak miły, że daje nam jeszcze sam McLód, którym wypełniamy bidony. Chcieliśmy wcześniej sobie nalać wody z kranu, ale leciała tylko ciepła.

Odsiecz Wiedeńska

Odsiecz Wiedeńska

Nasza odsiecz Wiedeńska na nic się zdaje, bo wokół same pustki. Świat jak po wybuchu nuklearnym. Dookoła tylko puste parkingi wielkich centrów handlowych. Droga nr 7 prowadzi nas prosto do samego Wiednia, aż do samego mostu nad wielkim Dunajem. Wiemy, że musimy się kierować na południowy wschód wzdłuż Donaukanal, a tam już będą na nas czekać: Pani Danuta z synem Sinanem.

W sumie co ja tu piszę o odsieczy Wiedeńskiej jak właśnie będziemy gośćmi od wielu lat udanego małżeństwa Polki z Turkiem. Ha! Jan III Sobieski w grobie się przewraca:) Pani Danuta pochodzi spod Pułtuska i jako młoda panienka wyjechała do Wiednia do pracy jako pielęgniarka. Tam poznała swojego męża Ahmeta i urodził im się syn Sinan. Mieszkają na stałe w Wiedniu, a na wakacje w miarę możliwości jeżdżą zarówno do Turcji jak i do Polski, w odwiedziny do swoich rodzin.

Pani Danuta jest aniołem. Bardzo dba, żeby tylko nam czegoś nie zabrakło. Oddaje nam swój pokój do spania. Wszystkie brudne rzeczy możemy sobie uprać w pralce. Ja biorę długi zimny prysznic, po którym w końcu jest mi troszkę chłodniej. Ale gwoździem wieczoru jest kolacja. To istna uczta! Mamy dwa rodzaje mięs, turecką kaszę bulgur, ziemniaki, pomidory w oliwie z bazylią, pieczywo, sosy, wino i hektolitry wody. Zanim zdążyliśmy cokolwiek zjeść, wypiliśmy z Pawłem cały dzbanek wody, a potem jeszcze takie dwa. A jeśli chodzi o jedzenie to ja zjadłam dwa średniej wielkości obiady i wcale nie czułam się jakoś przepełniona. Słońce wyciągnęło z nas dziś bardzo dużo.

Kolacja przygotowana przez Panią Danutę

Kolacja przygotowana przez Panią Danutę

Almdudler

Almdudler

Pani Danuta poczęstowała nas też popularnym austriackim napojem Almdudler. Jest to gazowany napój produkowany od 50’ XX wieku, zrobiony z wody, cukru i mieszanki ponad 30 alpejskich ziół. Jeśli będziecie w Austrii to polecam spróbować. Nam bardzo przypadł do gustu i często w Austrii wygrywał z Coca – Colą.

Wieczorem usłyszeliśmy mnóstwo ciekawych historii o Polsce, o Turcji, o rodzinie, o Wiedniu i życiu w Austrii, o dawnych czasach. Moglibyśmy tak siedzieć do białego rana, gdyby nie to. że musimy wypocząć, a jutro czeka na nas kolejny dzień jazdy.

Oglądając polskie wiadomości dowiadujemy się również, że dzisiejszy dzień jest najgorętszym dniem tego roku.  Coś czuję, że to tylko początek rekordowo ciepłych temperatur. A 37°C w cieniu to trochę za ciepło na jazdę na rowerze.

Statystyki:

Dystans: 93,96 km
Trasa: Nove Mlyny, Mikulov, Poysdorf, Wilfersdorf, Gaweinstal, Wolkersdorf, Wien
Średnia prędkość: 14,92 km/h
Temperatura powietrza w cieniu: 37°C

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *