post

Mam dość.

dzień 6, sobota
Dolany, 4 lipca 2015

Nasze poranki zwykle wyglądają podobnie. Paweł zawsze nastawia budzik w telefonie na godzinę 6:00. Przy upalnych dniach lepiej wstać i wyruszyć wcześniej, dopóki słońce jeszcze tak nie grzeje. Natomiast dłuższą przerwę, nawet z drzemką robimy wtedy w okolicy obiadu, by przetrwać tą najgorętszą porę dnia. Czyli budzik dzwoni o 6:00, ale Paweł zawsze mówi: to może jeszcze pół godzinki? Tak… czyli wstajemy 6:30.

Barany w ogrodzie

Barany w ogrodzie

Paweł wychodzi z namiotu i wstawia wodę do gotowania, ja natomiast zostaję w namiocie i zwijam spanie, czyli śpiwory, karimaty, poduszki i chowam je do mojego wielkiego worka. Przebieram się też w ubrania rowerowe, tak żeby móc spakować zbędne rzeczy. Na śniadanie jemy płatki owsiane na wodzie z bananem lub innym owocem, w zależności co się trafi w sklepie. Pijemy też gorącą słodką herbatę. Po śniadaniu Paweł zwykle zwija namiot, a ja jeśli mam gdzie myję miseczki i sztućce po śniadaniu. Nawet jak śpimy na dziko staramy się znaleźć jakąś wodę, bo jak nie, to niestety trzeba wieźć brudne naczynia, aż tą wodę znajdziemy. Może być jezioro, rzeka, stacja benzynowa. Kiedy już wszystko mamy ogarnięte, pozostaje umycie zębów. Jeśli jest gdzie to nie ma problemu, ale nigdy nie wiemy gdzie będziemy spać, dlatego ważne jest, żeby zostawić wystarczającą ilość wody w bidonach. Zwykle około godziny 8:00 jesteśmy gotowi do drogi.

Czyli wstajemy o 6:30 w magicznym ogrodzie, obok domku Muminka.  Od poprzedniego wieczora zastanawiam się co to właściwie jest za miejsce w którym nocujemy.  Z początku myślałam, że to coś na kształt plebani. Ale na terenie ogrodu oprócz nas widzimy parę osób, które siedzą sobie w grupach i rozmawiają. Jakby dyskutowali lub się wspólnie modlili. Przez chwilę mi nawet przez głowę przeszło, że może ten kościół nie jest katolicki, ale chyba nie… Tak to właśnie jest jak się nie zna języka, ciężko się zapytać o cokolwiek. Dopiero po powrocie do domu, dzięki magii internetu dowiedziałam się, że spaliśmy przy kościele świętego Mateusza  (Kostel sv. Matouse), a to miejsce nazywa się Dom Marii Dziewicy Matki Jedności (Dům Panny Marie Matky Jednoty). Przebywający tu ludzie tworzą wspólnotę błogosławieństw. O ich działalności można dowiedzieć się więcej na stronie komunita blahoslavenstvi.

Ruszamy w drogę.

Ruszamy w drogę.

Pomimo wczesnej pory czuć, że będzie dziś upalnie. Tak jak nigdy, mamy szczęście, to już 6 dzień z dobrą pogodą. Jednak na takie upały trzeba się zabezpieczyć dużą ilością wody. Zawsze startujemy z ponad 3 litrami na naszą dwójkę, rozłożonymi na 5 bidonów. Ruszamy i już na dzień dobry wita nas zjazd z pięknym widokiem na miasto Olomouc. Podobno ta historyczna stolica Moraw jest prawie tak pełna zabytków jak Praha.

Dojeżdżamy do większego skrzyżowania, niedokładnie spoglądam na mapę i źle interpretuje drogowskazy. Skręcamy w lewo i nieświadomi jedziemy w przeciwnym kierunku niż chcieliśmy. Wiem, że zaraz powinniśmy odbić w prawo, ale żadnego skrętu nie ma. Czuję, że coś jest nie tak, ale nawet nie ma kogo się upewnić czy dobrze jedziemy. Moje obawy o pomyłce potwierdzają się dopiero jak prawie wjeżdżamy na autostradę. Trzeba zawrócić. Takim oto sposobem nadkładamy 11 km. Ten okropny wielki napis OLOMOUC na mojej mapie zupełnie przysłonił tą drogę.

Napis OLOMOUC zasłania drogę 635.

Napis OLOMOUC zasłania drogę 635.

Przez takie pomyłki, dzisiejszy plan dotarcia nad jeziora Nove Mlyny, zaczyna się oddalać. W Kozusanach robimy postój na drugie śniadanie na przystanku autobusowym. Po posiłku ruszamy leniwie, mijając kolejne wioski i starając się objechać z boku miasto Prostejov. Jedzie się fajnie dopóki za miejscowością Bedihost nagle kończy się asfalt i zaczynają tzw. kocie łby. Już lepsza by była droga gruntowa niż ta trzęsiawka. Przy takim obciążeniu roweru, a zwłaszcza bagażnika, może to się kiepsko skończyć. Niby to tylko 3 km, ale wytrzęsło mną na tyle, że mam dość. Więc wyobraźcie sobie nasze miny, gdy na wyjeździe z miasteczka Vysovice widzimy znak drogowy z wykrzyknikiem i napisem pod spodem: VOZOVKA BEZ POSYPU.  Na szczęście asfalt był, co prawda w bardzo kiepskim stanie, ale przy tamtych kocich łbach, ta droga była jak marzenie.

Dojechaliśmy do autostrady, wzdłuż której biegnie stara droga, teraz już o znaczeniu lokalnym. Plan był taki, że tu będzie płasko. No i owszem autostrada jest płaska, bo nastawiali wiaduktów lub pokopali wykopy, jak było trzeba. Ale my jedziemy drogą starszą, która wije się po góreczkach. Dziś jakoś te moje plany w ogóle mi nie idą. Oprócz tego martwię się o Pawła. W kwietniu w tym roku przypałętało się do niego wstrętne choróbsko, związane z jelitami. WZJG. Choroba autoimmunologiczna, która nie wiadomo skąd się wzięła i jak ją leczyć. Jedynie co wiemy, że tego nie da się wyleczyć, a jednie zaleczyć, zostaje z tobą do końca. Przez to nasz wyjazd w ogóle stanął pod wielkim znakiem zapytania. Bo jazda na rowerze jest zakazana, gdy nie ma okresu remisji. A remisji nie było, a tak właściwie to było coraz gorzej. Częste wizyty w toalecie, powodują odwodnienie i osłabienie organizmu. A coraz większy upał, nie pomagał w tej sytuacji. Złe myśli kłębią mi się w głowie. Musimy odpocząć.

Vyskov, niewielkie miasto około 40 km od Brna. Musimy się schować w cieniu, bo jak zatrzymamy się w słońcu to zaczynamy się smażyć. Robimy postój w centrum handlowym, dosłownie z rowerami wchodzimy do środka, bo tam jest klimatyzacja. Można normalnie oddychać. Kupujemy pizzę, zimną colę, chłodzimy się zimną wodą w łazience. Czekamy, może trochę upał minie, choć troszeczkę.

Czeskie widoki.

Czeskie widoki.

Do jezior mamy jeszcze ponad 60 km. W Rousinov przekraczamy autostradę i zostawiamy ją za sobą. Zaczynamy jechać na południe, w kierunku jezior i campingów, które tak licznie występują nad brzegiem jeziora. Przynajmniej na mapie. Ruszamy pod górę z punktem widokowym, więc chociaż może będzie ładnie. Z każdym przejechanym kilometrem, mówię do siebie, dam radę, dam. Już coraz bliżej. Nie mam nawet siły zachwycać się ładnymi widokami. Za miejscowością Nikolcice zaliczamy, wymęczający, serpentynowy podjazd. W połowie, zdejmuję kask z głowy i wylewam na siebie pół bidonu, nagrzanej od ciepłego powietrza, wody. Ruszam dalej, czuję się jak kolarze z Tour de France. Wstaję na pedały. Jeszcze tylko kawałek, już ostatni zakręt i będziemy na górze. Tak, tak, tak… udało się. 70 metrów w górę, na odcinku 1 km daje nam 7% nachylenie. Można się zmęczyć.

Odpoczynek w cieniu.

Odpoczynek w cieniu.

W końcu widać wodę. To dobrze, bo już ledwo pedałuje, Paweł chyba też ma dość, bo zrobił się jakiś nerwowy. Przed nami kompleks trzech sztucznych jezior zaporowych zbudowanych na przełomie lat 70’ i 80’.  Niestety moje wyobrażenia krążyły gdzieś wokół Bieszczadzkiej Soliny, a tutejsza okolica nieco się różniła. Wysokie sztuczne kamieniste nabrzeże sprawia, że ciężko się dostać do jeziora, a z drugiej strony ogrodzone prywatne działki uniemożliwiają rozłożenie się gdziekolwiek na dłuższą chwilę. No ale miały być campingi. Jest, nazywa się KempMars, ale przypomina bardziej ośrodek wczasowy z lat 90’ , wypełniony malutkimi drewnianymi domkami, w których tłoczą się ludzie. Pytamy w recepcji o rozłożenie namiotu.

– A była rezerwacja?

– Nie

– To nie ma takiej możliwości.

– Ale to jeden mały namiot na jedną noc.

– Nie i tyle!  Widzicie ile jest ludzi.

Ludzi rzeczywiście jak w mrowisku. Jakby to był jedyny camping w całych Czechach. Mam dość. Idziemy stąd. Przejechaliśmy dziś 128 km. Grzało, niemiłosiernie. Wszystko mi jedno. Mogę spać tu na drodze. Myślę sobie, a może by zapytać tu, na prywatnej działce. Przynajmniej mają drzewa i zieloną trawę. Zagadujemy z właścicielką. Zgodziła się. Ufff. Rozkładamy namiot i inne szpargały, gdy Paweł mówi do mnie, że nie ma swoich butów. Jak to nie masz butów? No zostały 130 km stąd i suszą się pod domkiem Muminka. Świetnie…

Idziemy do baru na tym wrednym campingu, żeby coś zjeść. Wyboru nie ma za dużego, więc bierzemy po piwie i frytki. Paweł pyta się jeszcze tego samego faceta czy moglibyśmy skorzystać z prysznica, że zapłacimy. Nie! Co za wredny typ. Trudno. Idziemy wykąpać się do jeziora. Woda nie zachwyca przejrzystością, ale inni się kąpią, wiec skażona chyba nie jest. Nawet przyjemnie. A teraz nie pozostaje nam nic innego jak spać. Z campingu obok słychać głośną muzykę. Wszystko mi jedno. Jestem tak zła, że nawet zdjęć żadnych nie mam ochoty robić.

Zawiodłam się na tych jeziorach i tym campingu i wcale mi się tam nie podobało. Ale z perspektywy czasu zastanawiam się, na ile wpłynęło moje zmęczenie i negatywne nastawienie od samego początku na ocenę tego miejsca. Normalnie niewiele mi potrzeba do szczęścia i staram się nie oczekiwać niczego specjalnego. Czasem tak jest, że suma przypadkowych spraw powoduje, że dane miejsce odbieramy w zupełnie odmienny sposób, niż normalnie. A czasem tak jest, że pomimo deszczu i tak jest fantastycznie.

Statystyki:
Dystans: 128.06 km
Trasa: Dolany, Bystrovany, Holice, Kozusany, Vrbatky, Bedihost, Vysovice, Vyskov, Rousinov, Slavkov u Brna, Saratice, Tesany, Nikolicice, Hustopece, Nove Mlyny.
Średnia prędkość: 15,80 km/h

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *