post

Lago di Bracciano.

dzień 20, sobota
Baschi, 18 lipca 2015

Wyspałam się, ale czuję się obrzydliwie brudna. Natomiast po wczorajszej wysypce nie ma żadnego śladu. Zbieramy się możliwie szybko, bo właściwie nic tu po nas. Cali lepcy od kremu do opalania i całego ulicznego, brudu który na nas osiadł ruszamy ku upragnionemu celowi, którym jest camping nad jeziorem Bracciano.

Atak mrówek

Nieopatrznie zostawiliśmy torebkę z jedzeniem na zewnątrz namiotu. To nie mogło się dobrze skończyć. Na śniadanie zjechaliśmy do miejscowej knajpki, a ponieważ było jeszcze bardzo wcześnie to wszystko było pozamykane. Na szczęście stoliki i krzesełka w restauracyjnym ogródku były dostępne więc rozsiedliśmy się jakbyśmy byli u siebie. Gdyby ktoś przyszedł zapytać się co tu robimy zawsze można powiedzieć, że czekamy na otwarcie. Rozsiadamy się, ja przecieram stół i krzesła, Paweł wyjmuje nasze zasoby jedzenia po czym nagle z wielkim obrzydzeniem rzuca wszystko na ziemię.

Co się stało?

Zobacz!

Całe nasze prosciutto jest aż czarne od mrówek. Dobrze że mamy jeszcze chleb i czekoladę do smarowania to zjemy po kanapce. Niestety chleb też zaatakowały. Ponieważ wczoraj go nadgryzłam, więc  zrobiłam wejście dla tych małych głodnych potworków. Teraz co nie ukroję kromki to mi wyłażą z niej mrówki. Za bardzo mnie to obrzydza by go zjeść, więc chleb razem z szynką lądują w śmietniku. A my musimy się zadowolić płatkami owsianymi z wodą.

DSC_0592

Drugie śniadanie za 1 euro

Caffe, cappuccino e due cornetti  za jedno euro ! Paweł tak się zdziwił, że aż poszedł się zapytać czy na pewno dobrze zapłacił. Mała miejscowość, mały bar, mała cena. Samochodem nigdy tu nie trafisz, bo śmigniesz autostradą pomiędzy miastami. Taka to wielka zaleta przemierzania kraju na dwóch kółkach. Odwiedzę właśnie takie miejsca, napawać się będę prawdziwą esencją tego kraju.

20150718_103330

Jak zwykle do miasta musieliśmy się wdrapać pod górę

20150718_103800

Miasteczko Bomarzo

20150718_103822

Bomarzo

20150718_103951

Z widokiem na dolinę Tybru, którą zostawiamy za sobą.

20150718_104257

Nie pierwszy raz musiałam podchodzić pod górkę.

W mieście Soriano nel Cimino troszkę zbłądziliśmy. Ale to przecież nie pierwszy już raz gdy gubimy się w mieście na wzgórzu (patrz Perugia). Po prostu ciężej się orientować gdy uliczki krążą wokół zbocza i trzeba się orientować nie tylko lewo – prawo ale i góra – dół. Już zaczęliśmy zjeżdżać w dół, gdy okazało się, że to zły kierunek. W efekcie musimy się zawrócić pod górę, co może być powodem do bardzo lekkiego aczkolwiek jednak istotnego zdenerwowania. Na szczęście narastające napięcie rozładowuje pani Polka, krzycząca do nas z balkonu. Zobaczyła naszą polską flagę i zaprosiła nas na szklankę wody. Podziękowaliśmy uprzejmie tłumacząc się, że niestety nam się trochę śpieszy, zwłaszcza że nie wiadomo ile jeszcze podjazdów przed nami. Niestety mamy nosa i dobrze wyczuliśmy, bo przed nami były jeszcze dwa długie wyczerpujące podjazdy, które sprawiły, że jest to jeden z trudniejszych dni. Dość niespodziewanie wspięliśmy się dziś z poziomu 50 metrów na prawie 800 metrową przełęcz by zjechać znów na poziom około 160 m.

profil

800 metrowa przełęcz, to trzeci najwyższy punkt na naszej trasie

20150718_111253

Uprawy orzechów laskowych

DSC_0593

Paweł dzielnie sobie radzi na podjazdach, nie to co ja.

DSC_0594

Soriano nel Cimino

Włoski śmietnik

Jadąc już szósty dzień przez Włochy nie mogę się nadziwić jaki tutaj jest śmietnik. My Polacy co prawda nie grzeszymy czystością, co często widać w lasach, gdzie powstają nielegalne wysypiska, ale tutaj…  Mieliśmy okazję jechać zarówno drogami krajowymi, jak i małymi lokalnymi trasami i zawsze wzdłuż pobocza ciągnęły się sterty śmieci. Jeszcze na krajówkach to rozumiem, że duże natężenie ruchu, a zwłaszcza TIR-ów, potęguje ilość śmieci przy drogach, ale te małe lokalne… Jednak w tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że te śmieci leżą często w miejscach, gdzie naprawdę nie ma jak się zatrzymać samochodem, więc jedyną możliwością pozostawienia tam przykładowej pustej butelki jest wyrzucenie jej przez okno samochodu. Tego nie mogę zrozumieć.

20150718_161512

Ostatni podjazd po zboczach wygasłych wulkanów

Lago di Bracciano

Wreszcie ostatni zjazd tego dnia z przepięknym widokiem na odsłaniające się zza drzew jezioro Bracciano. To okrągłe wulkaniczne jezioro, nad którym planujemy zanocować, powstało w wyniku połączenia się kilku wygasłych wulkanów. Pełne żaglówek i motorówek, stanowi świetne miejsce do letniego odpoczynku. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. My znaleźliśmy camping Azzurro w miejscowości Bracciano. Ostatni nocleg przed celem naszej podróży.

DSC_0597_stitchb

Lago di Bracciano

W recepcji wita nas bardzo miło sama właścicielka całego campingu. Oczywiście nie obyło się bez krótkiej aczkolwiek treściwej historii naszego życia. Pani właścicielka z uśmiechem na twarzy puka się w głowę czemu w podróż poślubną nie polecieliśmy samolotem jak normalni ludzie. Jednak można wyczuć, że nasza podróż bardzo jej się spodobała. Zupełnie przypadkiem pytam czy nie ma na campingu jakiś innych polaków. Wśród gości nie, ale jest jeden polak który tu pracuje. Niedługo będzie nam dane nawet się poznać.

Camping położony jest nad samym jeziorem, z własnym kawałkiem plaży i małą knajpką. Jest tu wszystko czego nam potrzeba. No może nawet trochę więcej niż potrzeba. Co prawda drzewa dają przyjemny cień i ochłodę, to też stanowią miejscówkę dla całej hordy włoskich cicale, które swym cykaniem robią niesamowicie głośny harmider. Jakby leżeć obok włączonego odkurzacza. Aż głowa może rozboleć. Chyba trzeba do tego szumu po prostu przywyknąć.

Rozstawiamy namiot i idziemy się kąpać. Tutaj prysznice też są na żetony lecz tym razem zostaliśmy od razu o tym poinformowani więc od razu kupiliśmy sobie po jednym, bo dwa dni bez kąpieli to trochę za dużo. A po za tym jutro Rzym, to trzeba jakoś wyglądać. Pod prysznicem okazało się że nie umiem z niego korzystać. Maszyna na żetony znajduje się obok kabin prysznicowych, więc rozumiem że jak go wrzucę to zacznie lecieć woda. Chcę być sprytna więc zajmuję kabinę, rozbieram się, owijam w ręcznik i idę wrzucić żeton. Woda leci. Szybko wracam do kabiny i równie szybko się myję bo przecież zaraz woda mi zleci, a nie ma kurka by ją zakręcić. Prawie zdążyłam, tzn wychodzę spod prysznica z niespłukanymi włosami i kończę je myć w umywalce. Zadowolona, czysta i pachnąca wracam do Pawła powiedzieć jak mi dobrze i jak szybko się umyłam. Dopiero Paweł mnie informuje że pod prysznicem jest taki WIELKI OKRĄGŁY CZERWONY PRZYCISK, który zatrzymuje wodę, by mieć czas się namydlić. Aha. Fajnie wiedzieć.

Idziemy na obiadokolację do knajpki. Niestety na jedzenie musimy jeszcze poczekać 40 min, bo kuchnia zaczyna działać dopiero od 18:00. No jasne… SJESTA. W barze jest klimatyzacja która sprawia że już i tak nie chcemy wychodzić z powrotem na ten żar i harmider małych cykad. Kupujemy piwo i chipsy i tak iście po królewsku, będziemy czekać na jedzenie. A czas oczekiwania umilił nam Michał i Michał. Jeden starszy pracuje tu już 11 lat, drugi młodszy jest tu pierwszy sezon. Rozmowa jest sympatyczna dopóki zupełnie przypadkiem schodzi na temat szerszeni. Starszy Michał wskazując na stertę drewna do palenia, pokazał że roi się tam od tych wściekłych bydlaków, z czego jeden go ostatnio udziabał. Na co ja zareagowałam stwierdzeniem, że już z tego baru to dziś już nie wyjdziemy.  Dowiedziałam się od Michała, że prawdopodobnie jestem uczulona na jad tych potworów i drugie użądlenie może być śmiertelne. Powinnam nosić przy sobie adrenalinę (On ma bo jest uczulony) oraz warto mieć ze sobą sól i w razie czego ją ssać bo to udrażnia drogi oddechowe. Jestem przerażona, a zapowiadał się taki miły wieczór. Przynajmniej jedzenie było pyszne. Na campingową plażę nie idziemy choć mamy do niej jakieś 50 metrów.

Idziemy spać. Jutro Rzym!

Statystyka
Dystans: 89,20 km
Trasa: Baschi, Bomarzo, Soliano Nel Cimino, Sutri, Bracciano
Średnia prędkość: 12,12 km/h

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *