post

Jędrkowa Kępa

19 – 21 maja 2017
Jędrkowa Kępa

Pojechaliśmy tam w piątek. Jazda była długa bo musieliśmy zahaczyć o Warszawę i załatwić parę istotnych spraw. Dziecko zdążyło się wyspać a w sumie było by dobrze, żeby się trochę zmęczyło zanim znowu ruszymy dalej, bo inaczej w samochodzie będzie sajgon. Basia pokaż Magdzie jak chodzisz! Nie. Nie chce. Siedzi sobie grzecznie i skubie trawkę palcami pod medycznym basenem. Dopiero jak ja ją poproszę i pokażę gestem, żeby wstała to prezentuje nowo nabytą umiejętność. Fajnie się gada ale czas ruszać. Jeszcze kawałek drogi przed nami. Górki na nas czekają. Udało się. Zasnęła. Jaka to ulga.

Dojechaliśmy. Końcówka nie była łatwa, bo był upał straszny, a my bez klimatyzacji, a co gorsza bez wody. Dziecko śpi to jedziemy, chociażbyśmy mieli umrzeć z pragnienia, bo jak się zatrzymamy to na pewno się obudzi. Jesteśmy. Na samym końcu wioski. Dalej są już tylko wąskie świętokrzyskie pola. A wśród nich, jędrkowa kępa starych, pięknych drzew, pośród których stoi dom. Nie jest to jednak zwykły dom. Jest to dom magiczny. Pełen przyjaźni, otwartości i rodzinnego ciepła. Często wpadają tu, to rodzina, to znajomi. Jedni na weekend, inni w tygodniu, odpocząć, popracować, odetchnąć lub potrenować. Bieganie, pływanie, jazdę na rowerze… Marzy mi się taki dom. Gdzie wchodzisz i od razu czujesz jakbyś była tu od dawna, od wielu wielu lat, od zawsze. A przecież z Jędrkiem praktycznie wcale się nie znamy.

Poznaliśmy się na podkieleckim weselu. Jędrek, jeszcze wtedy grubas, siedział naprzeciwko nas i po cichu zarządził pierwszy toast, bo się nie mogliśmy na świadka doczekać. Wesele minęło. Traf chciał, że siedem miesięcy później spotkaliśmy się na malborskim triathlonie, gdzie Paweł zaczynał swoją przygodę na 1/4 IM. Patrz to przecież nasz weselnik. Rzeczywiście, zgadza się, kitka na głowie jest. Bo gdyby nie ta charakterystyczna kita to w życiu bym go nie poznała w tej obcisłej piance. To ty w triathlonie startujesz? No tak, my triathlonowi amatorzy, grubego byśmy nie podejrzewali o takie sporty. Pozory mylą. Nie wiedzieliśmy wtedy z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Jędrek, kolega żony mojego brata ciotecznego. Jako młody trenował triathlon, potem był wypadek, złamany kręgosłup, teraz jest OD GRUBASA DO ULTRASA. Ostatnio Paweł zapytał się czy możemy wpaść zobaczyć ten słynny dom. No i tak znaleźliśmy się w górach Świętokrzyskich, ja żeby sobie pojeździć na rowerze razem z Barbarą, a Paweł żeby pobiegać przed bieszczadzkim rzeźnikiem.

DSC_0198x

DSC_0204 DSC_0209x DSC_0240x

DSC_0327x

DSC_0329x

Barbara zachwycona bo może podróżować w te i we wte po trawie w swoich nowych butach. Tych pierwszych. Nie zawsze się udaje i co chwila trzeba się podnosić z ziemi by za moment znów przegrać z grawitacją i przygrzmocić tyłkiem. Nie poddaje się. Twarda sztuka z tego naszego dzidziocha. Wieczorem przyjeżdżają jeszcze dwie takie urocze istoty, tylko trochę starsze. Dla naszej Basi to istny raj. Ciągnie ją do dzieci. Tak bardzo, że trzy razy próbuje ją położyć spać. Nie! Dzieci dzieci! Inka, starsza, ma 8 lat i buzia jej się nie zamyka nawet na sekundę. Opowiada nam dosłownie wszystko. Może zostanie kiedyś reporterką i podróżniczką jak jej idolka Martyna Wojciechowska. Przez moment nawet się zastanawiam po kim ona taka gadatliwa, ale jak Jędrek wchodzi na temat swoich SWIM RUN’owych zawodów to wszystko się wyjaśnia. Córeczka tatusia. Mila jest połowę młodsza. Uwielbia ogródek. Już dawno zrobiło się ciemno, a ona dotrzymuje kroku tacie i dogląda wszystkiego, bo przecież nie była tu całe 5 dni. W gadaniu chce dorównać siostrze, tylko mi trochę głupio, bo nie zawsze rozumiem co mówi i przez to wyszło, że na drzewie rosną kluski a nie gruszki. Jest także mama Ania. Dobrze się czuje zarówno w biegowych butach jak i z łopatą w ręku. Fajnie posłuchać jak z pasją opowiada nam o tym domu, chrzcinach w stodole, o warzywach i sadzonkach. Cieszy ją, że rano do jajecznicy może uciąć sobie własny wyhodowany szczypiorek. Bije od niej szczęściem. To naprawdę magiczne miejsce.

Jędrek, gdzie mogę pojechać tak żeby nie za daleko się oddalić ale żeby po małych dróżkach pojeździć?

Pojedziesz tędy prosto, potem w prawo, zaraz w lewo i już sobie będziesz krążyć. Skręcisz w lewo, skończy Ci się asfalt to się zawrócisz, skręcisz w prawo i tak dalej. 

A masz jakąś mapę?

Nie będzie Ci potrzebna, jak będziesz chciała wrócić, to szukaj na wzgórzach tej kępy drzew i nawiguj się na nią. 

Buzia mi się śmieje. Kurczę, jak tu jest ładnie. Barbara zasnęła, zanim dojechałam do pierwszej krzyżówki. Kręcę się dokładnie tak jak mi Jędrek powiedział. Drogi schetynówki, prowadzą mnie pośród gospodarstw i pól. Jest pięknie, majowo i zielono. Słonecznie, nawet gorąco. Tylko pod górkę ciężko się jedzie. Przyczepkę trzeba ciągnąć. Nie tak łatwo, ale nigdzie mi się nie śpieszy. W dół łatwiej, ale nie rozpędzam się zbytnio. Producent przyczepy zaleca góra 24 km/h, a ja nie zamierzam tego sprawdzać, więc zaciskam hamulce. Mam wtedy chwilę żeby się spokojnie porozglądać. Przystanęłam tylko na chwilę, żeby wyrównać oddech po podjeździe. Rzeczywiście, z każdego wzniesienia widać tą Jędrkową Kępę.

Gdzie Pani jedzie? A nigdzie. Tak się kręcę. Aaa, taki spacerek? Ale tam dalej drogi nie ma więc nie ma sensu się wspinać. 

Tak. Wyszedł z tego taki rowerowy spacerek. Pojeździłam z godzinkę. Paweł zadzwonił, żebym podjechała po wodę, no i się zatrzymałam. A wtedy Basia się obudziła. Pomyślałam, że może jeszcze zaśnie, ale jak zobaczyłam, że wyjęła sobie z kieszonki sowę to już wiedziałam że nic z tego.  

DSC_0247x DSC_0275x DSC_0281 DSC_0309x

Po południu zostałyśmy z Basią same. Ania, Jędrek i Paweł pojechali pobiegać do lasu. Do świętego Krzyża. A my poszłyśmy pomuczeć z krowami a potem jeszcze na huśtawkę. Wrócili późno. Basia zdążyła zasnąć. Okazało się, że się trochę w lesie pogubili, a i na lody wstąpili. Najważniejsze, że trening się udał. Zbiegi poćwiczone. Bo zbiegać trzeba umieć. Paweł zadowolony, bo mu Jędrek jeszcze sprzedał kilka wskazówek.

W niedzielne przedpołudnie poszliśmy na spacer do sklepu. Misja czekolada. Zrobiło się chłodniej a i wieje jak w kieleckim. Dzidzioch śpi twardo, więc możemy sobie panoramy porobić. Ja pstrykam, a Paweł jakieś kartony zbiera. No co? Żeby ładne kadry były. Kurcze do czego to doszło. Blogerzy się z nas zrobili. Ale przynajmniej z pożytkiem dla środowiska. Mleczna, gorzka i z bakaliami. Do wyboru, do koloru. Z czekoladą jak z jajecznicą, każdy lubi co innego. Wracamy, a nasi gospodarze w polu od rana przy swoich grządkach robią. Kawał ciężkiej roboty, tu zawsze jest coś do zrobienia. Dom z 1877 roku, zamienili w cudo, zachowując przy tym jego pierwotny klimat. Powstała ruska bania z prawdziwego zdarzenia. Na starą stodołę też jest już plan, trochę większy niż letnie kino na prześcieradle. To miejsce żyje dzięki nim. Żal nam wyjeżdżać, ale przyszedł czas drzemki. Najlepszy czas by ruszyć. Nie zostaniemy na obiad, ale mamy nadzieje, że Ania i Jędrek to zrozumieją, w końcu staż rodzicielski mają znacznie dłuższy niż my.

DSC_0427x DSC_0435x DSC_0453x DSC_0431_stitch2 DSC_0436_stitch2

print

One thought on “Jędrkowa Kępa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *