post

Huragan.

dzień 12, piątek
Eis, 10 lipca 2015

Ale dziś w nocy było zaskakująco zimno! Pierwszy raz od początku wyjazdu cieszyłam się, że mam długi dresik do spania i w miarę ciepły śpiwór. Jesteśmy na wysokości 430 metrów, więc nie jest to na tyle wysoko, żeby miało wpływ na temperaturę. Paweł na dodatek mówi mi rano, że całą noc strasznie wiało, czego na szczęście nie słyszałam, bo musiałam mocno spać.

Nasz gospodarz nie nachodził nas z rana, natomiast Paweł spróbował jeszcze raz poprosić o wrzątek, tym razem z o wiele lepszym skutkiem. Także wyspani, po wypiciu kubka ciepłej i słodkiej herbaty jesteśmy gotowi, by zmierzyć się z dalszą częścią szlaku, którym podążamy. Dość szybko zapominam o nocnym chłodzie, bo słońce wstępujące nad szczyty gór natychmiastowo mnie rozgrzewa.

Już po pierwszych kilometrach mijamy się wreszcie z grupką podróżników na rowerach. Jest to cała rowerowa rodzina. Tata i mama, tak objuczeni sakwami,  że mam wrażenie, że się zaraz przewrócą. A tuż za nimi, dwóch małych chłopaczków, dzielnie podążających za rodzicami. Obaj również mają sakwy, a z tyłu powiewają im czeskie flagi zawieszone na długich kijkach. Taki obrazek wywołuje duży uśmiech na twarzy. Pozdrawiamy się wzajemnie czeskim AHOJ. Jeśli takie dzielne maluchy dają radę to my też musimy.

DSC_0252_stitch

Zalew Völkermarkter.

Oboje z Pawłem lubimy pić kawę, z tym że ja najchętniej piła bym karmelowe latte, a Paweł mocne espresso. Także rano tylko Paweł jest w stanie w miarę zaspokoić swój kawowy głód, robiąc sobie małą czarną rozpuszczalną. A ja, biedna, bez karmelu, bez mleka, czekam aż może się trafi po drodze jakaś kawiarenka. Dziś natomiast, Paweł mi obiecał, że na pewno zatrzymamy się na Kafe und kuchen, czyli kawę i ciastko.  Spełnia swoją obietnice już nad jeziorem Völkermarkter. Przy przystani dla żaglówek i motorówek jest mały sympatyczny bar. Jak na zamówienie na tablicy widnieje napis Kafe und kuchen, który od razu ściąga nas z rowerów.

DSC_0256

Espresso i lody.

DSC_0257

Karmelowe latte. Ciastko już zjadłam.

Rzeka Drawa uregulowana została poprzez budowę wielu zapór z elektrowniami wodnymi.  W wyniku tego na rzece utworzyło się wiele długich jezior zaporowych, a bardzo duża część szlaku rowerowego została poprowadzona wałami przeciwpowodziowymi. Także dzisiaj jedziemy głównie drogami szutrowym. Czasem tylko przeskakujemy zaporą na przeciwną stronę rzeki by niedługo ponownie, tym razem mostem, powrócić na ten sam brzeg. Pomimo, że jedziemy w górę rzeki, praktycznie tego nie odczuwamy, a dzisiejsza jazda jest jak lekka niedzielna przejażdżka.

Więcej o szlaku rowerowym Drauradweg, po którym zmierzamy do Villach, przeczytacie tutaj.

DSC_0289

Szlak prowadzący wałem przeciwpowodziowym.

DSC_0273_stitch

Prace na dopływie do Drawy.

DSC_0264 20150710_140356

DSC_0298

DSC_0294

Przystanek na szlaku z pitną wodą w kranie.

Po drodze, przy jednej z zapór, spotka nas niespodzianka w postaci austriackiego geodety. Właśnie się rozstawiał ze swoim sprzętem do pomiarów GPS, kiedy zaczęliśmy go napastować i pytać czy możemy mu zrobić zdjęcie. W tym potoku słów padających z naszych ust, nie wiem, czy udało mu się zrozumieć, że my też jesteśmy geodetami.

20150710_123511

Austriacki geodeta.

DSC_0283

i jego porządnie poukładany sprzęt

Pomału zbliżamy się do Villach. W miasteczku Rosegg, natrafiamy na  alejkę prowadzącą do zabytkowego budynku szkoły. Wielkie, stare drzewa, które z obu stron ozdabiały dróżkę, leżą na ziemi, powyrywane razem z korzeniami. Przerażający widok. Musiało się to stać niedawno, bo służby miejskie dopiero tną drzewa na mniejsze kawałki i sprzątają drogę, by udrożnić ruch. Niewiele dalej, przejeżdżamy przez las, a tam znów to samo. Droga jest zablokowana na tyle, że musimy przenosić rowery nad powalonymi drzewami, bo nie ma jak ich ominąć. Natomiast w Foderlach musimy się zawrócić i pojechać okrężną drogą, bo drzewa całkowicie zabarykadowały przejazd. Takie widoki towarzyszą nam aż do samego Villach. Wszystkie trawniki pełne są liści i połamanych gałązek. Co tu się działo?

20150710_183756

Liście pokrywające całą powierzchnię trawnika. To tylko mała namiastka tego co widzieliśmy.

W Villach jedziemy zrobić najpierw szybkie zakupy, bo zaczyna się robić późno, a w Austrii sklepy nie są tak długo otwarte jak w Polsce. Paweł wraca ze sklepu z prezentem dla mnie. Kupił mi wielką, obrzydliwie słodką, czekoladową muffinkę. Zjadam na raz i jeszcze mi mało. Teraz zaczyna się szukanie noclegu. Udaje nam się znaleźć informacje turystyczną, ale jak na złość jest już zamknięta. Ja co prawda mam na mapie zaznaczony jakiś camping na obrzeżach miasta ale dobrze by było się kogoś upewnić, że na pewno tam coś jest. Paweł rozmawia z taksówkarzem, który tłumaczy mu jak dojechać na kemping ale z jego słów wynika, że jest to trochę daleko i nie do końca w tą stronę Villach co trzeba. My jutro musimy się kierować na południe, a taksówkarz każe nam jechać na północ. W końcu postanawiamy poszukać czegoś na własną rękę i akurat przejeżdżamy przez stare miasto. Tam na środku placu stoi wielki kościół świętego Jakuba. Tuż naprzeciw wejścia jest coś w stylu plebani.

Paweł stwierdza, a czemu by nie spróbować tutaj. Dzwoni dzwonkiem i już za chwilkę wybiega do nas wesoła Austriaczka. Paweł grzecznie pyta się o nocleg w namiocie bo wydaje nam się, że z tyłu mają coś na kształt ogrodu. Pani patrzy na nas trochę ze zdziwieniem i mówi, że ma taki jeden wolny pokój w piwnicy. Jakkolwiek to brzmi, idziemy! Rzeczywiście schodzimy na poziom -1, gdzie dostajemy do swojej dyspozycji małą salkę religijną z wielkim stołem i długimi miękkimi siedziskami na których powinniśmy dać radę się przespać. Do tego udostępniła nam kuchnię i łazienkę. Dostajemy nawet soczki do picia: jabłkowy i pomarańczowy. A już całkowicie nas rozwaliło kiedy pani gospodyni uśmiechając się pyta czy chcemy piwo.  Ale najlepsze jest to, że zaprosiła nas rano na śniadanie, mimo że tłumaczyliśmy, że mamy swoje jedzenie, to przekonała nas kawą i świeżym pieczywem.

Tak zupełnie przypadkiem śpimy w luksusowych warunkach w środku miasta Villach zupełnie za darmo. Mi to aż głupio się robi od tej dobroci, która nas spotyka. Jeszcze przed wyjazdem na jakimś blogu podróżniczym spotkałam się ze stwierdzeniem, że w Austrii ludzie nie są pozytywnie nastawieni na przenocowanie kogoś nawet u siebie w ogródku. Nie mogę się z tym zgodzić. Austriacy są bardzo przyjaźni wobec podróżujących rowerzystów i zawszę będę pamiętać ich jako miły i gościnny naród.

Statystyki
Dystans: 114,30 km
Trasa: Eis, Ruden, Völkermarkt, St. Jakob, Rosegg, Föderlach, Villach
Średnia prędkość: 12,96 km/h

print

3 thoughts on “Huragan.

  1. Tylko patrzeć jak Paweł z zazdrości kupi sobie takiego busika na sprzęt geodety 🙂 Dobra a jak z tym piwem ? Wzieliście? Ja bym wziął po takiej przejażdzce 🙂

  2. Pingback: Szlak rowerowy wzdłuż Drawy - Drauradweg. - bikepoland.pl - blog o podróżach rowerowych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *