post

Gruzjo lecimy!

8 czerwca 2014, niedziela

Czemu Gruzja? Wyszło przypadkiem, jak prawie zawsze jeśli chodzi o nasze wakacyjne plany. Podczas spływu kajakowego w czerwcu 2013 roku poznaliśmy kumpla mojej przyszłej wówczas bratowej, który właśnie do Gruzji się wybierał i opowiedział nam że to podobno bardzo fajny kraj. Tyle nam wystarczyło, by rok później z dolarami w kieszeni, aparatem na szyi i plecakiem na plecach tarabanić się autobusem 175 na warszawskie Okęcie, by za chwile wsiąść w różowy samolot WIZZ AIR, który miał nas przetransportować do gruzińskiego Kutaisi.

Czemu bez rowerów? Paweł stwierdził że tym razem możemy spróbować czegoś innego. Odpoczynek pełną gębą, bez codziennego zmagania się z kolejnymi kilometrami. Po za tym wyjazd rowerowy wymaga nieco więcej przygotowań, jak chociażby trasy. No i nasz brak doświadczenia w lataniu samolotem, troszkę nas onieśmielił przed ładowaniem się do niego jeszcze z rowerami. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, ale jeszcze nie teraz.

Przygotowania do wyjazdu

Przygotowania do wyjazdu z roku na rok, z wyjazdu na wyjazd coraz bardziej się skracają i ograniczają do załatwienia kilku podstawowych, niezbędnych rzeczy. Po pierwsze bilety na samolot. Plany planami ale człowiek jakoś tak zawsze się  tak długo zbiera do czynności która wymaga wydania większej ilości pieniędzy na raz. Tak jak z płaceniem rachunków, jakby te parę dni sprawiło że mniej to będzie boleć. Bilety na samolot kupiliśmy w styczniu, niestety o miesiąc za późno. Jeszcze w grudniu ceny biletów WIZZAIR były trochę niższe, nie mówiąc już o promocjach LOTu lotów do Tbilisi. Płacimy więc 300 zł za osobę za lot w dwie strony oraz ekstra 150 zł za jeden dodatkowy bagaż. Nasze plecaki są za duże i za ciężkie na bagaż podręczny, więc postanawiamy je nadać jako jeden wspólny bagaż, co niestety przysporzy nam jeszcze dodatkowe koszty na lotnisku. W sumie na dwie osoby wychodzi trochę ponad 900 zł za transport do Gruzji i z powrotem.

Po drugie waluta. Gruzińskiej waluty LARI (GEL) nie kupimy nigdzie w Polsce, więc bierzemy ze sobą amerykańskie dolary. Mogliśmy też kupić euro, ale że w ja życiu nie posługiwałam się dolarem, to fajnie było je mieć chociaż przez chwilę w ręku. Czy bardziej się to opłacało? Nie mam pojęcia, nawet nie chciało mi się tego przeliczać. Natomiast jeśli chodzi o kurs PLN/GEL to spadał on w ostatnim czasie na naszą korzyść z 2,1 do 1,7. Czyli 10 Lari to ok 17 zł i tak sobie szacowaliśmy ceny podczas wyjazdu. Natomiast 1 lari to 100 tetri i właściwie nie trzeba wiedzieć nic więcej.

Po trzecie, bez czego nigdzie się nie ruszę to mapa i przewodnik. Tym razem sieć salonów empik nie sprostała mym wymaganiom, bo mapy Gruzji dostać nie mogę. Kupuję przez internet niemieckie wydanie mapy Gruzji w skali 1: 350 000 firmy Reise Know-How. A na przewodnik wybieram tym razem Gruzja w pigułce Grzegorza Petryszaka a nie Pascala jak to zwykle bywało. Tym razem zaopatrujemy się też w rozmówki Polsko – Gruzińskie Giorgi Maglakelidze . Co prawda język gruziński jest bardzo trudny do nauczenia się, ale naprawdę warto poznać chociażby kilka podstawowych zwrotów grzecznościowych, to zawsze ułatwia relacje międzyludzkie. A nauka gruzińskiego alfabetu to już czysta zabawa do której serdecznie zachęcam.

No i po czwarte to ubezpieczenie, które wykupuję w dzień wyjazdu, w ramach rzeczy, o których mi się przypomniało w ostatniej chwili. Ubezpieczenie Compensa Voyage obejmuje 13 dni naszej podróży. Koszt takiego ubezpieczenia wyniósł nas 150 zł na naszą dwójkę i obejmował pakiet elastyczny (koszty leczenia 80 000 zł, NNW 20 000 zł, OC 50 000 zł, bagaż 5 000 zł). Nie mam pojęcia jakby to zadziałało w razie wypadku, ale na szczęście nie będę musiała sprawdzać.

Raf i Bakar

Na lotnisku zjawiamy się dość wcześnie, by mieć troszkę czasu na połączenie naszych dwóch plecaków w jeden bagaż. Niestety okazuje się, że taka konstrukcja nie może być przyjęta jako jeden bagaż. Natomiast nie będzie problemu jeśli owiniemy plecaki specjalną folią z owijarki znajdującej się na lotnisku, która jednocześnie stanowi dodatkowe ubezpieczenie bagażu. Jedyny problem, że taka przyjemność kosztuje nas ekstra 50 zł.

My nigdy nie szukamy przygód, pozwalamy by przygoda sama nas znalazła. Właśnie dopinamy ostatnie klamerki w naszych plecakach by je mocno połączyć, gdy podchodzi do nas trochę starszy od nas facet i pyta czy lecimy za raz do Gruzji. Lekko zgłupieliśmy ale mówimy że tak. Na co on czy z Kutaisi jedziemy może zaraz do Tbilisi, bo to zwykle tak wygląda że nikt w Kutaisi nie zostaje. Tak było i w naszym przypadku, zaraz ruszaliśmy do stolicy, gdzie mieliśmy się spotkać z Magdą i Krystianem, którzy w Gruzji są już 4 dzień. No i Rafał, bo tak się nazywał nasz tajemniczy jegomość, zapytał się czy w takim razie moglbyśmy wziąć pewne papiery ze sobą i przekazać je w Tbilisi jego kumplowi Bakarowi. Bakar, co brzmi dość tajemniczo, było tylko skrótem jego imienia, ale nie jestem w stanie przypomnieć sobie pełnego, które podał Rafał. No i tak z tajemniczymi dokumentami, numerem telefonu do Bakara i ważną misją ruszamy do Gruzji.

Gruzjo lecimy

Wylecieliśmy z Warszawy o 15:25, przed nami ponad 3 godziny lotu i dwie strefy czasowe, co daje miejscową godzinę przylotu ok 21. Gdy lądujemy jest już ciemno, a my nie za bardzo wiemy co ze sobą zrobić. Czy zostać na lotnisku do rana, czy spróbować już dziś pojechać do Tbilisi i wylądować w środku nocy w środku gruzińskiej stolicy. Po wymianie dolarów na gruzińską walutę decydujemy się na Geogrian Bus, który za 20 lari ma nas zawieźć do Tbilisi. Chociaż tak naprawdę o transport z lotniska w Kutaisi w ogóle nie trzeba się martwić. A to za sprawą gruzińskich taksówkarzy, którzy zastawili jedyne wyjście z lotniska i próbując złapać klienta, zagadują chyba każdego pasażera naszego samolotu. Chyba nauczyli się oni rozkładu lotów, co może nie jest aż takie trudne bo w owym czasie na lotnisku w Kutaisi lądują jedynie cztery samoloty dziennie, więc potencjalnych klientów nie jest aż tak dużo. Jeden z taksówkarzy to nawet się do nas dosiadł gdy rozdzielaliśmy między sobą gruzińskie pieniądze i powiedział że może nas zaraz zawieść do Tbilisi, oczywiście za znacznie wygórowaną ceną. Ale muszę tu nadmienić, że wszyscy zachowywali się przy tym bardzo grzecznie i nie aż tak nachalnie jak to mogło się wydawać. Nikt tu się nie denerwował gdy mu się odmawiało. Gruzińskich taksówkarzy bać się nie trzeba, za to targować się trzeba obowiązkowo! Podziękowaliśmy grzecznie i ruszyliśmy do naszej marszrutki, czyli busa.

DSC_0001

Zajęliśmy cały tył marszrutki dzięki czemu możemy się trochę przespać

Gruzińska Policja

Chyba był jakiś wypadek. Z tym stwierdzeniem Paweł pokazuje na niebieskie światła mijanych przez nas radiowozów. Jeden, drugi, trzeci.. Co z tą policją? Otóż z gruzińską policją jest tak, że oni zawsze jeżdżą z włączonymi kogutami. Bo gruziński policjant jest dumny z tego, że jest policjantem. Jest bardzo praworządny i nigdy w życiu nie weźmie od Ciebie łapówki. A jeszcze niedawno wcale tak nie było, a policjanci byli mocno skorumpowani. Dopiero jakiś czas temu miała miejsce ogromna reforma. Jednego dnia miejsca pracy straciło kilka tysięcy urzędników, którzy aż za dobrze pamiętali tryb pracy w Związku Radzieckim. Podniesiono płace by branie łapówek nie było już tak atrakcyjne. Natomiast każdy posterunek policji zmienił się w przeszklony gmach, który stał się symbolem przejrzystości władzy. Jeden z takich imponujących budynków mamy możliwość zobaczyć jeszcze tej nocy, gdy jedna z pasażerek, dziewczyna policjanta wysiada pod posterunkiem policji w Gori.

DSC_0004

Gruzińska toaleta, drzwi sięgają do pasa i nawet jak ukucniesz to Cię widać.

Gruziński placek

Kierowca marszrutki ma chyba jakąś dobrą umowę z właścicielem baru, przy którym zatrzymujemy się podczas jazdy do Tbilisi. Jest pierwsza w nocy, a bar jest otwarty jakby był środek dnia. Dla nas to pierwsza okazja do spotkania z gruzińską kuchnią, o której tak wiele się naczytałam, będąc jeszcze w Polsce. Zimne piwo i chaczapuri gaszą nasze pragnienie i wypełniają na jakiś czas nasze brzuchy. Bar wygląda trochę obskurnie ale atmosfera jest bardzo przyjemna. Prawdziwy rodzinny biznes. Właściciel stoi za ladą i przyjmuje zamówienia, żona i matka siedzą i gotują w kuchni. Natomiast starszy dziadzio, pewnie ojciec, robi za babcię klozetową i zbiera opłaty za niezmiernie elegancką toaletę. Gdy podchodzę do niego z gruzińskim banknotem, spogląda na mnie i macha ręką żebym weszła, bo pewnie musiał by rozmienić pieniądze by móc mi wydać resztę. Widok toalety w środku wywołuje we mnie głośny śmiech. Myślę sobie „Witamy w Gruzji”.  Jedyne co wywołuje u mnie lekki niepokój to fakt, że nasz gruziński kierowca, też nie żałuje sobie przyjemności i delektuje się czaczą czyli gruzińskim bimbrem. Lekko zaniepokojeni o nasze dalsze życie, mimo wszystko wsiadamy do marszrutki i ryzykując życiem, postanawiamy jechać dalej. Przez okno obserwuję jeszcze właściciela baru jak zbiera rozstawione przed wejściem zachodnie smakołyki tj. snikersy, marsy, butelki z cocacolą. Tym razem goście z Polski raczyli się tylko gruzińskimi specjałami.

DSC_0008

Środek nocy, bar, gdzieś w Gruzji

No to co z tym Bakarem?

Mamy taki mały problem, ponieważ niedługo dojedziemy do Tbilisi, a jest środek nocy i nie bardzo wiemy co mamy ze sobą zrobić. Krystian z Magdą dawno śpią, a ich telefony i tak nie odpowiadają. Mamy zarezerwowany nocleg w tym samym hostelu co oni ale na jutrzejszą noc. Zresztą i tak mamy tylko adres, a to przecież wielkie miasto. Natomiast ku mojemu zdziwieniu, odzywa się Bakar i pisze wiadomość że spotka się z nami na przystanku w Tbilisi nawet w środku nocy. Może on ma gdzieś jakiś nocleg.

Bakar wraz ze znajomym, którego ochrzciłam „Mały Gruzin”, przywitali nas w Tbilisi o 3 w nocy. Okazało się, że przyjechali po te dokumenty, aż z sąsiedniego miasta Rustawi. Jechanie z nimi tak daleko na noc nie ma sensu, ale oferują nam podwózkę do naszego hostelu, może tam się uda przenocować. Hostel Ori Beli, w którym mamy rezerwacje noclegu na jutro, wcale nie tak łatwo znaleźć. Dobrze, że mamy dokładny adres bo w życiu byśmy tu nie trafili. Boczna uliczka i wejście jakby od tyłu. Ale chyba jest. To musi być tu. Bakar mówi, żebyśmy zostali z nim na dole, a do akcji wkracza Mały Gruzin. Robi nam rozeznanie i znika w kamienicy na parę chwil, by zaraz machać do nas wesoło z dachu. Wszystko w porządku, możemy tu zostać. Mały Gruzin wszystkiego się dowiedział i mimo że młody chłopak z „recepcji” zna angielski, to i tak on po rosyjsku nam opowiada co gdzie jest. Zadbali o nas, by nam się krzywda nie stała. Dokumenty dostarczone, misja wykonana, można spać. Chociaż ja spać nie mogę, za dużo emocji.

DSC_0014

Ja, Bakar, Paweł i Mały Gruzin

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *