post

Na Śląsk!

dzień 4, czwartek
Częstochowa, 2 lipca 2015

Budzimy się rano wypoczęci i pełni sił, czego nie można powiedzieć o naszych gospodarzach. Zdaje się że wieczór ze znajomymi trochę się przedłużył, a my niestety i na szczęście jednocześnie dość wcześnie położyliśmy się spać. Organizm potrzebował wypoczynku. Jednak mimo wczesnej pory Pani Dorota szybko zaczyna szykować nam śniadanie, a Pan Rysiek już tłumaczy nam, którędy najlepiej wyjechać z miasta. Tłumaczy, rysuje, gestykuluje, po czym stwierdza, że właściwie to chętnie się z nami kawałek przejedzie. I tak ruszamy we troje, pomału zostawiając Częstochowę za sobą. Pan Rychu odprowadza nas aż do miejscowości Konopiska, gdzie dziękujemy ponownie za gościnę i żegnamy się. Możemy z Pawłem ruszyć drogą wojewódzką 907, która idealnie pasuje do kierunku naszej jazdy. Czuć, że i dziś będzie upalnie bo pomimo wczesnej pory, już jest gorąco. Szczęśliwie przed nami Lasy Lublinieckie, które może choć trochę uchronią nas przed palącym słońcem.

Po drodze mijamy grupę pielgrzymów, z którą pozdrawiamy się wzajemnie. Krzyczymy z rowerów, że jedziemy do Rzymu i już za nami słyszymy gromkie oklaski. Podczas całej trasy przez Polskę spotykamy się z przejawami sympatii, głównie w postaci przyjaznych klaksonów samochodów, które nas wyprzedzają. A to z powodu, że na moim worku leżącym na bagażniku, przykleiliśmy kartkę „Młoda para”, którą mieliśmy na rejestracji samochodu, gdy jechaliśmy do ślubu.  Paweł natomiast rano dostał od Rycha i Doroty wielką Polską flagę, która właśnie powiewa mu za plecami.

Takie długie proste odcinki z niezmiennym leśnym krajobrazem mogą wydawać się strasznie nudne. Jednak dla mnie jest w nich coś uspokajającego. Jadąc za Pawłem na kole, łapię się na tym, że potrafię się zamyślić na tyle, że zapominam gdzie jestem i co robię. Nogi same kręcą, a głowa jest zupełnie w innym miejscu. Ja jestem jeszcze na naszym weselu. Tyle wrażeń, tyle emocji, tyle przygotowań… aż w końcu mogę się tylko cieszyć pięknymi wspomnieniami. Dlatego tak bardzo lubię spędzać wakacje podróżując na rowerze. Męczę się fizycznie, a głowa się niesamowicie uspokaja i zapomina o wszystkich problemach. Jedyne o czym się myśli to spełnianie podstawowych potrzeb człowieka. Najeść się, napić, znaleźć bezpieczny nocleg i się dobrze wyspać. Nic więcej Ci nie jest potrzebne do szczęścia. A jak masz fart to na dodatek spotkasz na swojej drodze tylko wspaniałych ludzi i napatrzysz się jaki świat jest piękny. A wspomnienia tej podróży pomogą przetrwać, gdy trzeba będzie wrócić do codziennego życia i zmagać się z niekoniecznie ulubionymi sprawami.

Jak się tak dobrze jedzie to człowiek zapomina zdjęcia robić. Ale chyba każdy wie jak wygląda las. Taki zwykły sosnowy. Czasem trafi się jakaś nieduża brzózka. Na drodze cień drzew miło Cię chłodzi. Od czasu do czasu jakaś droga gruntowa odchodzi to na lewo, to na prawo od szosy. Ruch samochodowy jest niewielki, więc nie trzeba się tak spinać. W takim miłym akcencie dojeżdżamy do Tworogu, gdzie na placu zabaw możemy spokojnie zjeść drugie śniadanie. Kanapki z wędliną i pomidorem, do tego herbata i czekoladowy batonik. W bidonach za to mamy wodę z listkami mięty, które dała nam pani Dorota. Miała rację, niesamowicie odświeżająca jest ta woda, nawet jeśli już zdążyła się nagrzać w taki ciepły dzień.

Obiad jemy w restauracji Raja w Sośnicowicach. Udało mi się nawet wygrzebać paragon, pośród różnych różności, które zbieram zawsze w czasie drogi. Rosół z makaronem 2 x 4 zł, sok czarna porzeczka 3,50 zł, coca-cola 3 zł, zestaw obiadowy  15 zł, waleczny rycerz 12 zł. W sumie 41,50 zł na dwie osoby. Tylko co to jest ten WALECZNY RYCERZ ? To na pewno danie Pawła.

Paweł na trasie do Nędzy

Aż tak nędznie to nie było.

Nie przypuszczałam, że dziś uda nam się przejechać taki kawał. Ale w sumie wszystko układa się idealnie. Po woli zbliża się wieczór, a przed nami miasto Racibórz. To ostatnie miasto przed granicą z Czechami. Tu poszukamy jakiegoś noclegu. Myślimy, żeby może zapytać gdzieś przy kościele i tak pierwszym na który natrafiamy jest kościół p.w. Św. Jana Chrzciciela. Podjeżdżamy pod plebanie. Drzwi zamknięte ale kościół otwarty więc może ktoś się zaraz pojawi. Nie czekaliśmy za długo, aż zjawia się młody ksiądz. Grzecznie się witamy, przedstawiamy kim jesteśmy, czego chcemy i dlaczego. Ksiądz wikariusz bardzo miły, odpowiada że namiot byłoby gdzie rozbić bo miejsce jest, tylko trzeba o zgodę proboszcza zapytać. A kiedy proboszcz będzie? Mszę ma zaraz, to najlepiej po mszy zapytać. To tak zrobimy, a teraz jeszcze pojedźmy na miasto, może się uda kantor znaleźć, bo od jutra potrzebne nam będą czeskie korony. Od kościoła odjeżdżamy może z 300 metrów, przekraczamy most nad Odrą i lądujemy prosto na rynku. A na tym pięknym rynku całą naszą uwagę przyciąga Raciborski Browar pod parasolkami.

Na rynku w Raciborzu

Na rynku w Raciborzu

Z raciborskim browarem.

Z raciborskim browarem.

Raciborskie Miodowe, Raciborski PILS, Raciborskie Rżnięte… do tego wielka pizza, żyć nie umierać. Paweł jest wielkim fanem regionalnych piw, a to jest niczego sobie. Piwo z Raciborza ma swoją długą historię a Browar Zamkowy w Raciborzu znajduje się na terenie północno-zachodniego skrzydła spalonego zamku. Tuż obok naszego kościoła. Ponoć zakład można zwiedzać w każdą sobotę po uprzednim umówieniu, ale wejście jest tylko dla grup zorganizowanych. To mogłoby być ciekawe i ponoć jest degustacja. Gdybyście byli chętni zapraszam na Raciborski Browar.

Raciborski Browar.

Raciborski Browar.

Ubezpieczenie i walutę załatwimy jutro rano bo dziś już wszystko pozamykane. Czas wrócić do kościoła bo msza pewnie niedługo się skończy. Proboszcz się zjawia i mówi, że możemy zostać, ale wyczuwam u niego lekką obawę. W sumie nie ma co się dziwić, przyjechaliśmy nie wiadomo skąd i co my właściwie chcemy. Prowadzi nas przez przejście w murze, a tam ogród wielki jak pięć tych kościołów. Teraz dopiero zrozumiałam co oznaczało stwierdzenie, że jest miejsce na namiot. Rozbijamy namiot i ścielimy do snu. Przychodzi do nas młody wikariusz Mariusz Wajman, żeby zapisać nasze dane. Paweł mu opowiada historię ostatniego tygodnia naszego życia. O tym, że do Rzymu jedziemy, że nasz ślub 6 dni temu był, że to podróż poślubna. Ksiądz Mariusz niedowierza, ale uśmiech na twarzy ma coraz szerszy. Poznaliśmy się, nabrali do nas zaufania i już nas zapraszają na plebanie. Może kawę, herbatę? A kolacje zjecie? Nie? Ale śniadanie to koniecznie musicie z nami zjeść. Tutaj jest łazienka z prysznicem. W tym ogrodzie u nas zawsze pielgrzymki się zatrzymują i śpią w namiotach. Kury sobie chodzą, a tam warzywniak jest wydzielony, a kiedyś to proboszcz miał nawet barany. Po czym proboszcz Jerzy Hetmańczyk przejmuje pałeczkę i ze swoim śląskim akcentem, dla nas nie zawsze zrozumiałym, opowiada jak w 1997 roku podczas powodzi, Odra wylała tak, że tu na plebani to było z metr wody. A na drewnianym krzyżu, który wisi na ścianie to do dziś został ślad po wodzie. Jeszcze wiele historii o parafii, kościele, miejscowej ludności i Raciborzu poznaliśmy tego wieczoru. Ale czas spać, jutro nowy dzień, nowy kraj nas będzie witał.

Kogut i jego świta w ogrodzie proboszcza.

Kogut i jego świta w ogrodzie proboszcza.

Nocleg w ogrodzie proboszcza.

Nocleg w ogrodzie proboszcza.

Statystyki, statystyki..
Dystans: 113,87 km
Trasa: Częstochowa, Konopiska, Koszęcin, Tworóg, Pyskowice, Sośnicowice, Rudy, Racibórz
Średnia prędkość: 18,66 km/h
Ilość skonsumowanych rodzajów raciborskiego piwa: 3

print

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *